poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Nord-Zuid Holland trip cz.V


Do Lejdy, do Sinibalda i Marthy, dojechałem mokry do ostatniej nitki płaszcza, spodni, koszulki pod płaszczem. Sinibaldo przywitał mnie zdaniem, że gdybym tylko przyjechał pół godziny wcześniej, zobaczyłbym dziewczyny tańczące w deszczu. Cóż, teraz za to zobaczę dziewczyny siedzące przy stole. Wszystko zostawiłem do suszenia, a miałem krótkie spodenki na zmianę. Przyjechałem w dobrą porę: szykowała się uroczysta kolacja; nie wiem z jakiej okazji, chyba takiej że dawno już nie było uroczystej kolacji. Na abażurze zapaliliśmy świece, i razem z Angie, Marthe, Sinibaldem, Ellą i Marią zasiedliśmy do stołu. Woda do picia znajdowała się w jednym pojemniku z którego wszyscy pili, taka nasza wersja fajki pokoju. Potem wymienialiśmy się muzyką nieznaną dla tej drugiej osoby, Marcie na przykład wpadło do ucha Długość dźwięku samotności. Pochwaliłem się że znam trochę holenderskiej klasyki, i stwierdziła że mam dobry gust, gdy powiedziałem że bardzo lubię Zing Vecht Huil… Ramsesa Shaffy. Sinibaldo puszczał jakieś brazylijskie smęty, od których wszystkim odechciewało się więcej. Około drugiej Marthe zasnęła na mojej kanapie. To był znak że jest późno.

Rano obudziła mnie przejęta rozmowa Angie i Marthe. Angie przeżywała ciężkie chwile: jej chłopak, Francuz, powiedział dzień wcześniej, że spotkał dziewczynę która wydała mu się jak tęcza na niebie, on musi za nią iść. Angie analizowała każde jego zdanie, a może coś, a nuż. I uchwyciła się jego wyrażenia, że gdy widzi się tęczę, nie widać słońca. Była w rozterce, bo już mieli zarezerwowany prom do Grecji, gdzie mieli osiąść. W dodatku on zgodził się pójść na kompromis, choć kompromis to chyba był jedynie w jego oczach: będą razem, ale on będzie odchodzić załatwiać swoje potrzeby seksualne do tamtej. I Angie pytała o zdanie, co ja bym zrobił, co Marthe sądzi. Przedstawiłem trochę swoje teorie na sprawy miłosne i zapatrywania na tę konkretną sprawę. Stwierdziłem że zachował się jak dzieciak który rzucił się na słodycze, a nie wie jeszcze że od tego się wymiotuje. Angie westchnęła „a więc ja jestem nudnym, zdrowym jedzeniem…”. Nie w tą stronę miało iść pocieszanie, więc opowiedziałem jej o podziale człowieka, który jest przydatny również do rozważania miłości: na część impulsywną, uczuciową i intelektualną. I ten jej gość jest zdolny tylko do przeżywania na poziomie impulsywnym, może czasem przypadkiem wchodzi na następny. Prawdziwa miłość zaś to taka, która przechodzi w pełnię w trzech częściach ludzkiej duszy; po tym, myślę, można poznać kogoś dojrzałego do miłości – potrafi kochać intelektem, a jedynie taka miłość jest źródłem, ciągle świeżym. Angie złapała o co chodzi, i chyba w duchu skreśliła już Francuza, niezależnie od jego pięknych słówek o tęczy i słońcu. Tak sobie pomyślałem, że nie chodzi o to żeby nie wybaczać. Ale on nie pokazał wiele skruchy, a samo gadanie to za mało. Dodałem jeszcze, jakby z wahaniem, o czwartej części człowieka; nie części duszy, a ponad duszą – będącą duchem, egzystencją. I do miłości można to odnieść. Oczywiście, drugiego człowieka poznajemy tylko zmysłami, ale w tym co słyszymy da się odróżnić warstwę esencji i egzystencji. Esencja to to czym jesteśmy, egzystencja tym że jesteśmy. Egzystencja poprzedza esencję, jak mówi znane zdanie. Najpierw się jest, a później, w miarę możliwości, wybiera jakim się jest. W miłości, ale tej rzadkiej i niedlakażdego, zdarza się porozumienie na poziomie egzystencji. To znaczy, wtedy przestaje mieć znaczenie że ten człowiek stojący przede mną to kobieta wyglądająca tak a tak; mogłaby być moim przyjacielem, sąsiadem, kimkolwiek, mogłaby być łysa, a czułbym kontakt tak samo personalny i bliski jak i teraz. Taką miłość zresztą się obserwuje: choć wymaga samozaparcia, ale pewnie dlatego jest tak piękna. 

Teraz już naprawdę musiałem jechać, bo dochodziła trzynasta, a nie uśmiechało mi się zajechać do Amsterdamu po północy. Uścisnęliśmy rękę z Angie jakoś dziwnie patrząc sobie w oczy, i z Marthe. Zanim wyruszyłem w trasę powrotną nie omieszkałem odwiedzić jeszcze raz tych miejsc w Lejdzie, które tak mile działały na oko. Zaszedłem do muzeum miasta, gdzie ukazano życie w Niderlandach w średniowieczu, ale i w czasach późniejszych. Skórzane trzewiki – małe, dziecięce, ale też rozmiaru dorosłego. Pomostem między mną a człowiekiem z przeszłej epoki stały się jego buty. Więc patrzę na nie, jakby coś opowiadały. Obok wyłożone fajki: białe, długie, takie jak miał Gandalf, który prawdopodobnie miał korzenie holenderskie. Naturalną koleją rzeczy jest że teraz pali się różne rzeczy w coffeeshopach – czy u nas ktoś dziwi się że jedzony jest bigos, albo kasza? 

Ruszam dalej ku Rijnsburgowi, które jest pomiędzy Lejdą a wybrzeżem. A w Rijnsburg nie byle co, bo tam mieszkał Spinoza i do domu tego można wejść. Rzecz charakterystyczna, podobnie z amsterdamskim domem Rembrandta – są one wyróżniające się nad okolicą zdobieniami, urodą. Nie oznacza to jednak że umyślnie wybierali do zamieszkania takie domy, wszak Rembrandt w trakcie mieszkania tam klepał biedę. Bardziej wiarygodna jest hipoteza że domy okoliczne były podobne, ale przebudowy, wyburzenia i mody architektoniczne nie posłużyły im. Rzecz jasna, nikt nie będzie tykać domu który uświęcony jest pomieszkiwaniem Rembrandta.

Dom wydawał się zamknięty, ale jest kołatka, a ja już nabrałem pewnego tupetu, który pozwala wszędzie wchodzić, pytać i prosić wyganiającego mnie z zamku ochroniarza by jeszcze pstryknął mi zdjęcie (to z drogi do Utrechtu). Otwiera mi kustoszka i wpuszcza, jakby jej było trochę głupio że tu dom filozofa a zamknięte. Mówi że bilet za 5 euro, ale jeszcze się pyta czy studiuję, wtedy bilet jest za 3,5. Pada pytanie co studiuję. Gdy usłyszała, pokiwała głową ze słowami: „that must be a special discount…” Wszedłem ostatecznie za dwa euro; od początku wiedziałem że studiowanie filozofii wiążę się z wymiernymi korzyściami finansowymi. Wnętrze domu warte ujrzenia; Spinoza zresztą nie zajmował go całego sam, miał do dyspozycji gabinet, strych, ogród. 
 
Baruch Spinoza z Amsterdamu
zapragnął dosięgnąć Boga
szlifując na strychu
soczewki
przebił nagle zasłonę
i stanął twarzą w twarz

W jednym pomieszczeniu postawiona jest księga kartoteczna gminy żydowskiej do której należał Baruch Spinoza. Został z gminy wykreślony, o tym wiedzą wszyscy; lecz patrząc na kaligrafowe B… wystające spod plamy czarnego atramentu ujrzeć można dobitność tego wykreślenia. Obok stoi też księga gości domu-muzeum: Einstein naskrobał parę słów, królowa Beatrix we wpisie sprzed kilku lat chwali pracowników za dobrze utrzymany ogród. Uśmiechnąłem się pod nosem mając przed oczami widok tych zarośli pełnych paproci, spomiędzy których wyglądało popiersie Spinozy. Wychodząc i wpisując się do księgi gości, poczekałem jeszcze aż kustoszka opowie mi o książce którą właśnie tu ma na stole i czyta, a dotyczyła myśli Spinozy. Usłyszałem od niej że Spinoza daje jej taką wolność nie do opisania; i że wierzy w Boga Spinozy, nie Boga Pascala. Chciałem jej odpowiedzieć: „pani już chyba jest wykreślona z gminy żydowskiej…” Oczywiście panuję nad groteską jaką wypuszczać pozwalam z umysłu do świata, i miast tego ukłoniłem się z uśmiechem.

Zandvoort
Jechałem już do Katwijk, miasteczka z ładną latarnią morską (to mają do siebie latarnie że są ładne); podekscytowany, bo zbliżałem się do wydm, o których opowiadał profesor Schipper od epistemologii, że cudowne, że ładne. Obok dwóch pomników: ku pamięci tych których zabrało morze, i czci tych których zabrała wojna, ścieżka prowadzi między wydmy. To jest prawda że są niezwykłe, no ale w końcu jeżeli coś ogłasza profesor od epistemologii to nie może to być byle co. W dodatku wiatr wiał mi równiutko w plecy i bez wysiłku rozglądałem się i podziwiałem morsko-księżycowe otoczenie. Dość blisko, przy lesie pokicał zając wyglądający na wkurwionego, a po paru chwilach jego tropem lis. 















Minąłem Nordwijk, znaną mi nazwę, bo tam podążali na warsztaty taneczne Czeszka Katarina i Rosjanin Jaroslav, których gościłem w Amsterdamie. Dalej jeszcze parę kilometrów wydmami, i wjechałem do lasu. Przez Zandvoort, niczego sobie miasteczko całkiem wesołe, Haarlem, które chętnie raz jeszcze zobaczyłem, wjechałem do Noord, Amsterdamu Noord - domu, tyle że tymczasowego. I tu kończy się ta podróż, ta relacja.

Ja zaś podróżuję dalej, by zobaczyć, usłyszeć, i z tego wszystkiego zrozumieć.

niedziela, 29 lipca 2012

Nord-Zuid Holland trip cz. IV

...Rano usłyszałem co najlepiej zobaczyć (słowo ‘zwiedzić’ pasuje mi bardziej do miast zabytkowych). Nie mogło być inaczej, rozmowa Rotterdamczyka z kimś spoza przeważnie schodzi na maj 1940 i bombardowanie. Dowiedziałem się że właściwie to rozkaz został odwołany, ale nie dotarło to do pilotów, którzy ostatecznie zrzucili 1308 masywnych bomb zapalających. Zniszczone zostało 25 tysięcy kamienic, 24 kościoły, 62 szkoły. Pożary szalały jeszcze kilka przez dni, tworząc burzę ognia. Nie można powiedzieć że w Rotterdamie nie ma w ogóle dawnej zabudowy. Jest, i to piękna. Tyle że widać iż są to okruchy, jak fragmenty porcelany:

Zaledwie wstanie jutrzenka
Ponad widnokrąg płaski
Słychać gdzie ziemia stęka
Maleńkich spodeczków trzaski.

Maastoren.
Co do nowej architektury, można wyodrębnić dwa porządki – powojenny i odkrywczy (nazwy ode mnie). Ten pierwszy to bloki, corbusieroskie zideologizowanie; nie da się trzymać na takich wzroku dłużej niż dziesięć sekund. Ta część przypomniała mi Warszawę, a przynajmniej jej część. Drugi natomiast, w większości nowszy, jest nie tylko poszukiwaniem – jak swoją pracę opisuje wielu architektów; jest też znajdywaniem. Do takich udanych projektów zaliczyłbym na pewno mosty: biały, smukły Erasmusbrug i czerwony, przyciężkawy Willemsbrug, pasujące do siebie niczym jeździec do białego wierzchowca. I jeszcze Maastoren, wieżowiec u dołu niebieski, bielejący ku górze. Dodać do tego sporą ilość mieszkaniówek pomysłowych w pozytywnym znaczeniu tego słowa. (jeśli ktoś chce zobaczyć negatywny sens słowa ‘pomysłowość’, niech rzuci okiem na Kubuswoningen, również w Rotterdamie). 


Erasmus- i Willemsbrug.
Trafiłem do Test Side Rotterdam, pasażu w całości pomalowanego na żółto, będącego centrum dyskusji nad miastem, urbanistyką i architekturą. Czytając tematy prelekcji i debat, zaświtało mi że miasta integralne, żyjące pełną piersią, jak Amsterdam albo Kraków, nie zastanawiają się ciągle nad sobą, nie mają potrzeby redefiniowania bez ustanku założeń. Nie zadają pytań: do czego służy miasto? Są natomiast miasta, również w Polsce, które takie pytania zadawać muszą. To jak w życiu ludzi: nie żyje dobrze ten, kto często żyje od nowa. 


Streetart w Rotterdamie wyraża jakiś krzyk.
Na ścianie bloku dziewczynka jak z Guerniki z rękami wyciągniętymi do żarówki. Kobieta z dwoma twarzami składa dłonie jakby do modlitwy. Podobnie pomniki. Wystrzeliwujące do góry niebotyczne słupy. Rozdarte Miasto Ossipa Zadkine. I jeszcze lasery, rząd laserów wzdłuż linii ognia, ustawiony 14 maja w rocznicę. W obozie oświęcimskim, mimo że de facto pomnika
żadnego tam nie ma, wydawało mi się że słyszę podobny krzyk. Wszystko to przywodzi na myśl muzykę sonoryzmu będącą polską specjalnością, do którego należy na przykład Tren Ofiarom Hiroszimy Pendereckiego (http://www.youtube.com/watch?v=uzOb3UhPmig). Nie dziwi specjalnie, że w scenie grzebania ciał w filmie Katyń użyto właśnie muzyki Pendereckiego.

Gouda.
Kolejnym moim celem była Gouda. Zoetermeer wyrzuciłem z trasy, bo odradziły mi je trzy nieznające się osoby; uznałem że społeczny dowód słuszności działa tu. Normalnie podjechałbym, bo doświadczeniem estetycznym są również brzydkie miasta, ale byłem już wcześniej choćby w paranoicznym architektonicznie Harlemermeer, więc mogłem spokojnie powiedzieć że starczy. 

Gouda rzeczywiście szczyci się wyrobem sera. Nad głównymi ulicami widać podwieszone okrągłe bloki sera z emblematem Gouda. Nie jest to zastrzeżony produkt regionalny, więc ser ten produkuje się np. również w Polsce. Interes idzie prawdopodobnie na tyle dobrze, że nie muszą się o to starać. I miasto zyskuje famę, skoro produkcja okala glob. Ulice i budynki są wspaniałej urody; to chyba jakaś reguła serowych miast, gdyż Edam też jest takie. Centralnym punktem placu jest popielaty gotycki ratusz (nieczęste połączenie koloru i stylu). Po jednej jego stronie widać płaskorzeźbę zbrojnego męża walczącego ze smokiem. Pomyślałem: niezły przykład średniowiecznej sztuki kamieniarskiej. Dopóki doczytałem inskrypcję głoszącą że to dla pamięci lat 1940-45, a wyobrażoną bestią jest oczywiście niemiecki najeźdca.
Drzwi w zdobionym portalu były otwarte, więc nie zastanawiając się długo, wszedłem. Tłum ludzi ubranych na galowo. Przecisnąłem się, i wtedy ujrzałem je: dwie kobiety biorące ślub. Nie jakieś tam związki partnerskie – ślub ze suknią, weselem i limuzyną. Przypatrzyłem się im. Mogłem porobić zdjęcia, bo na ślubie to przecież normalka że ktoś ciągle pstryka. Jedna z lesbijek była bardziej zmaskulinizowana, choć rysy twarzy miękkie. Ta była też w spodniach, nie w sukni. Zabierali się, po przyjęciu setek buziaków i uścisków jak to na ślubie bywa, do wyjścia. Wyszedłem wcześniej, spostrzegając przy tym że rozprowadza się wśród gości dmuchawki do baniek. Gdy wreszcie para młoda (ciężko te słowa się pisało) wyszła, goście dmuchali ze wszystkich sił, otaczając ich bańkami, ławicą lecących baniek. Wydało mi się to przewrotne, gdyż motyw bańki mydlanej uchodził za topos kruchości życia: człowiek leci, gdzieś do góry, i nagle: pyk! wypadek, zawał. Homo bulla. Tutaj zaś estetyczny widok na ślubie, powątpiewałbym żeby posiadał symbolikę (małżeństwo nagle skończone rozwodem?). Do zdjęcia na schodach postawiły babcię między sobą, co mnie rozczuliło. No ślub, po prostu ślub.


Odszedłem stamtąd i poprosiłem o zdjęcie przed ratuszem młodą dziewczynę która akurat przechodziła. Trochę niepewna siebie, spytała dwa razy czy takie może być. Szła na urodziny które odbywały się za godzinę, więc powiedziała że oprowadzi mnie po mieście. Jeżeli miałbym próbować ją przejrzeć, to wyglądała jakby nie miała zbyt wielu kontaktów z płcią przeciwną, i uznała to za okazję do potrenowania. No dobrze, prowadź. Najpierw sklep z jakimiś haftami, które według opisu służyły do łapania dobrych snów („You don’t know dream catchers?!”). Spytałem ją czy działa gdy śpi pod tym. Powiedziała że nie bardzo, a mnie ta odpowiedź ukontentowała, ponieważ miałem okazję do okazania dowcipu i odparłem że powinna zwrócić to w ramach reklamacji.
 

Później budka z wypiekanymi na miejscu stroopwaffels, które wywodzą się z Goudy, bedąc z początku pożywieniem biedoty, a później zdobywając cały kraj. Kupiłem takiego ciepłego, rozpływającego się, i dalej poprosiłem że może pójdziemy pod ten kościół co widać wieżę. 
Po drodze opowiedziałem jej o ślubie lesbijskim, bo jeszcze byłem pod wrażeniem. Ale dyskusję zaczęliśmy nie o samym ślubie, tylko o lesbijkach, bo to zagadka od jakiegoś czasu dla mnie: jeżeli jedna gra w związku (w większości związków) tę twardszą, wręcz mężczyznę, to znaczy że ta druga pożąda cech męskich, tego zdecydowania. Nie jest zatem lesbijką par excellence. Dlaczego więc bierze quasi-mężczyznę, skoro może mieć prawdziwego? Widziałem w Poznaniu taką zabawną sytuację, gdy z pary spacerujących lesbijek jedna zapytała dziewczęcym głosikiem: – To gdzie teraz idziemy? Druga odparła tonem nieznoszącym sprzeciwu: – Na piwo...! Oczywiście tej kwestii nie rozwiązaliśmy; ona się ze mną nie zgadzała, a ja stwierdziłem że wymagałoby to szerzej zakrojonych badań antropologicznych, których zresztą być może ktoś się był podjął. Uznałem że poszperam coś na ten temat. Impreza mojej towarzyszki się zbliżała, więc pożegnaliśmy się. Nawet chciałem zrobić sobie z nią zdjęcie, ale robienie sobie zdjęcia z osobą którą poprosiło się o zrobienie zdjęcia miałoby w sobie coś groteskowego. 

Wyjeżdżałem już z miasta, gdy zobaczyłem rzeźbę która przypomniała mi pewną moją myśl przy stadninie. Otóż patrząc na poganiane, zdyszane konie, tak mi przyszło do głowy, że świat nazwę sprawiedliwym jeżeli to konie będą dźwigane na plecach ludzi. Ponieważ tak się nie stanie, świat nigdy nie będzie zasługiwał na miano sprawiedliwego. A ta rzeźba: zwierzę juczne na plecach człowieka. Wróciłem z drogi wylotowej, by przyjrzeć się temu: symboliczne wyobrażenie świata bez… ta nazwa jest nowa, więc brzmi obco – gatunkizmu. Inaczej szowinizmu, dyskryminacji gatunkowej. Ale to zgoła przenośnia.

Teraz już naprawdę w drogę, bo chmury, a do Lejdy nie tak blisko. Chmur takich nie widziałem wcześniej, barwy ciemnoszaro-granatowej, w jednym miejscu przebijające zielenią. Gdy tylko wydostałem się z miasta, lunęło. Po paru kilometrach jazdy zobaczyłem dach przy zakładzie pracy i się pod niego schowałem. Ale to na nic. Nie przeczekam tego, trzeba jechać. Ruszyłem w okropnym deszczu i gdzieś tam w tym szumie zobaczyłem w oddali kościół, z boku i zupełnie nie po drodze. Pomyślałem: jakby tak wejść i się ogrzać… Po chwili myśl: to świątynia Boga. I złączenie tych myśli: ogrzać się w cieple Boga. I wtedy wzięło mnie; przestałem jakoś czuć deszcz, przemoczony płaszcz, chyba też ciało. Zamknąłem oczy smagany przez krople, i powtarzałem tę myśl: ogrzać się w cieple Boga. I słowa Augustyna, ze wszystkich świętych najbardziej ludzkiego: Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze dopóki w Tobie nie spocznie. 

Pochmurno.

Całkiem inną kwestią na ile chwile mistycyzmu przekładają się na ogólniejszy światopogląd; może chciałbym żeby przekładały się bardziej, ale przecież to tak nie działa.




CDN.

Ten portret jest w stylu art nouveau.

niedziela, 15 lipca 2012

Nord-Zuid Holland trip cz. III


...Sam zaopatrzyłem się tam w biało-niebieskie pamiątki. Po drodze usiadłem na ławce w Rijswijk, miasteczku które może poszczycić się np. muzeum historii Rijswijk. Siedząc, zobaczyłem powłóczącego nogami starca przechodzącego przede mną. Przystanął, widać jakby się rozmyślił bo ruszył do przodu, ale znów przystanął, i tym razem ruszył do mnie. Wziąłem plecak z ławki i usiadł koło mnie. Miał zdobioną laskę, z czasów kiedy jeszcze zdobiono laski. Po chwili powiedział coś w niderlandzkim. Zdobyłem się na powiedzenie: – Ik spreek geen Nederlands. Na to on zaproponował: English, Deutsch? Więc dowiedziałem się że objechał na rowerze całą Francję, że w Delfach muszę spędzić sporo czasu, że jest tam licząca się Politechnika. Po czym wstał, wyznał że ma 93 lata i prowadzi czasem samochód. A mnie, patrzącego jak się oddala, wzięło, jakaś nostalgia, czy ochota uderzenia rękami w głowę, w swoją głowę.
Delfy majaczą z daleka masywną więżą kościoła Oude Kerk. Od początku wydała mi się przekrzywiona, a jak doczytałem w broszurce, to nie tylko moje wydawanie. Odchylenie zauważono jeszcze w trakcie budowy, więc cztery okalające wieżyczki są wertykalne do podłoża, trochę jak roślina rosnąca na krzywiźnie pnąca się jednak do góry. W XIX wieku planowano nawet ją rozebrać, ale zdecydowano się pójść na żywioł i zostawić. Jest jeszcze jeden ważny kościół – Nieuwe Kerk. Oba są tak wysokie, bo parafie rywalizowały kto będzie miał potężniejszy przybytek. Nowy Kościół z zewnątrz jest w trzech kolorach, efekt całkowicie niezamierzony. Dół wieży to cegła, później kamień, a na samej górze piaskowiec który miał być tego samego koloru, ale kwaśne deszcze spowodowały jego sczernienie. Niedziwne że tego nie remontują, kombinacja kolorów wygląda znakomicie.
 
 
 





















Do obu wnętrz wszedłem, są niezwykle ciekawe. Kościoły przeżyły targnięcia Ikonoklastów: tłumu niszczącego rzeźby, obrazy itp. w przekonaniu że tak będzie bardziej zbożnie. W Nieuwe Kerk zaraz przy wejściu zachowała się jedna płaskorzeźba, zresztą widać na niej kilka uderzeń młotem. W Oude Kerk przetrwała przepiękna, misterna ambona z przedstawieniami czterech ewangelistów. Poza tym kościoły są dość ascetyczne i o to chodziło protestantom. W XVIII wieku nadszedł kolejny duch rewolucji, i z krypt znajdujących się na posadzce wytarto, wymazano herby rodowe. Każdy miał być równy; krew ludzi miała być czerwona, nie błękitna. W Nieuwe Kerk znajdują się groby monarchów, od pierwszego do ostatniego. W Oude Kerk zaś pochowany został Jan Veermer – i standardowa opowieść, jak przy Mozarcie, Cyprianie Norwidzie, i wielu innych. Umieszczono jego doczesne szczątki za ubogą tabliczką a to tylko dlatego że jego matka wcześniej posiadała tam kryptę. Potem oczywiście szaleństwo: to był dopiero człowiek, trzeba postawić mu pomnik. I obok ubogiej oryginalnej tabliczki, płyta obramowana marmurowym akantem i z pozłota głosząca że tu wybitność spoczywa. No, i warto wspomnieć o grobach prawnika Hugo Grocjusza i mikrobiologa Antoniego van Leeuwenhoeka, który jako pierwszy ujrzał pod skonstruowanym przez siebie mikroskopem tętniący życiem świat żyjątek, zarazków w kropli wody ze stawu, o którego istnieniu nikt nawet nie przypuszczał. 

Delfy są doskonałym miastem do powłóczenia się, miasto jest naprawdę przywiązane do porcelanowej tradycji. W jednym parku trafiłem na latarnie obłożone porcelanowymi kaflami. Przy bocznych uliczkach stoją warsztaty porcelanowe jak za dawnych czasów. Do jednego takiego wszedłem, wdając się w rozmowę z rzemieślniczką (artystką?). Narzekała że ta tańsza porcelana którą widać w suwenirowych sklepach to masówka, z pewnością nie są malowane ręcznie bo nie zawierają inicjałów wytwórcy. Nie chciałem już jej zwracać uwagi że nie każdego stać by zakupić u niej talerz, choćby piękny, za 40 euro. A brak inicjałów na tamtych nie świadczy wcale o czymś takim, przecież zarówno kupujący jak wytwarzający wiedzą że nie jest to sztuka przez wielkie ‘s’, to ledwie miła pamiątka. Obejrzałem stanowisko formowania figur, mieniącą się wystawę; i pożegnałem się, zapewniając że gdy się dorobię z pewnością kupię siedemdziesięciocentymetrową gęś, spoglądającą melancholijnie jakby wiedziała że jest tylko z porcelany.          



Pewną specjalnością Holandii jest binnenhof, dosł. dziedziniec. Protestanci zrezygnowali z klasztorów i binnenhof było ich zastępnikiem. Są to domki, niezwykle zadbane, ustawione wokół ogrodu, przeważnie z metalowym artefaktem pokazującym kierunki świata. Mieszkały tam kobiety uciekające przed zgiełkiem i zalotnikami; choć pewnie w wielu przypadkach właśnie tych zalotników brakowało, a coś ze sobą trzeba było zrobić. Do dziś w statusie takich binnenhof stoi, że mogą mieszkać tam same kobiety. Można je zwiedzać, choć rzecz jasna, sprowadzanie grup kilkudziesięciu japońskich turystów nie jest mile widziane. W Delfach znalazłem takich kilka; we wnętrzu jest spokój, który wydaje się jakby można było stamtąd zabrać. 
 


 
Posiedziałem jeszcze na ławce pod Oude Kerk, obok grał akordeonista Cygan. Gdy wstałem i oddaliłem się, słyszałem ciągle w głowie wygrywaną przez niego melodię, a była to melodia przyjemna. Uznałem że muszę się za to odwdzięczyć monetą, jeżeli tam wrócę. I wróciłem, lecz go pod tą ścianą nie było. Trudno, może mu długo nic nie wrzucali. Poszedłem w całkiem inny zaułek i zobaczyłem następnego akordeonistę, w dodatku również melodyjnie grał. No tak, ale ja chciałem wrzucić tamtemu. Postałem trochę, i nagle dotarło do mnie że to on; tyle że zmienił kurtkę, zdjął przeciwsłoneczne okulary. Wrzuciłem tę monetę, która widocznie była jemu przeznaczona. 
 


I z dreszczykiem ekscytacji ruszyłem do Rotterdamu; prawdę mówiąc przed każdym nowym miastem czułem go. Co jest w zasadzie warunkiem tego że mi się chce: pedałować, jechać dalej, nie zważać na pot, stwardniałe dłonie.
Po drodze, wśród innych zwierząt, ujrzałem oswojonego dzika, albo hodowlaną dziką świnię która wydała się sympatyczna. Obok stała koza, wyglądali jak kumple, niczym Timon i Pumba. Ciężko pomyśleć, że Pumba będzie wzięty pewnego dnia do zarżnięcia, a Timon do rozrodu. Czy ja nie miałem przejść na wegetarianizm, albo chociaż ten fleksi?

Wjechałem od strony Schiedam, miasteczka który wygląda jak pomniejszony Amsterdam. Kamienice o dwa piętra niższe, kanały dwa razy węższe, kościoły z krótszym o połowę kurantem. Ludzie normalnej wielkości.
Schiedam rozwkitnął na produkcji ginu, dziś prawie zanikłej. A winny temu między innymi Heineken, który przypuścił na początku XX wieku akcję informującą ludzi o wielkich przewagach zdrowotnych piwa. Przy budowie nowego browaru, na symbolicznej kielni Heinekenowie wypisali: aby piwo zwyciężyło ten trunek ze Schiedam, (a kielnia ta teraz spoczywa w Muzeum Amsterdamskim przy Kalverstraat 92). Wraz z marynarzami z krajobrazu ulicy zniknął też ich ulubiony napój.

W Rotterdamie podjechałem od razu do swego hosta, Ronalda, gdyż chciałem już posiedzieć. Był on… najkrótszy wyraz jaki może go opisać to nerd. Jak inaczej określić gościa który ma na półkach chyba większość wyprodukowanych konsol do gry, od Commodore’a 64 do PlayStation, pod balkonem trzymetrowe gałęziaste rośliny, a w terrarium dużych rozmiarów patyczaki. Właściwie to nie tylko je, spacerowały tam też chrząszcze („przybłąkały się z roślinami a nie ma jak ich wyrzucić”), ślimaki („dałem je specjalnie”) i muszki – cały ekosystem, jedynie mrówki „się nie przyjęły”. Rozmawialiśmy o grach, a ponieważ Ronald wielbił strategie, pomyślałem że pokażę mu coś co, mimo toporności, zwykło mnie dawniej wciągać, Isle War. Zgodził się, zaznaczając że już się zrobiło późno, więc jedynie rzuci okiem. Jak można było się domyślić, nie skończyliśmy dopóki nie podbił całej planszy i zrobiło się jeszcze później. Przy szykowaniu materaca, zwróciłem mu uwagę, że tu na liściach chadza sobie patyczak. Chwycił go zdecydowanym gestem, mówiąc że to normalne bo uciekają, i on zawsze jest w stanie to wychwycić po obgryzionych roślinach w donicach. Przed położeniem się (a leżałem tuż przy terrarium i donicach) zapytałem się „ale one nic mi nie zrobią?”. Odrzekł, że ponieważ nie jestem zielony, to nie. No więc zasnąłem, śniąc o czymś wąskim, chudym i na liściu.
 
Z Ronaldem.





 CDN.

czwartek, 5 lipca 2012

Możemy już iść.


Zatem nadszedł czas pożegnania. Dostałem kilka oficjalnych zaproszeń, z których dwa na pewno wykorzystam (Oslo i Turyn). Polska – i będę musiał odzwyczaić się od picia wody z kranu, przywyknąć do braku rowerów, braku kanałów, i kilku innych braków. Opisałem tu kilka rzeczy, o resztę impresji trzeba zwracać się już bezpośrednio do mnie. Tylko niech to nie będą, proszę, pytania typu: „to jak tam w końcu było w Holandii?”. ;)
PS. Opis wyprawy jeszcze będzie dokończony.

czwartek, 28 czerwca 2012

Noord-Zuid Holland trip cz. II


Pierwsze co zobaczyłem w Hadze to zbiorowisko tysięcy Czarnoskórych na placu. Zapytałem siebie – Światowy kongres murzynów, czy co? W dodatku zbiło mnie z tropu że nieśli flagi Irlandii. Zaczepiłem jednego z nich, i wyciągnąwszy zmiętą ulotkę pokazał mi że pochodzą z ‘Côte d'Ivoire’; a protestują w obronie byłego przywódcy swojego kraju, Gbagbo, który jest sądzony w Hadze za... pewnie za zbrodnie wojenne, skoro w Hadze. Upewniłem się tylko: – Ale wy nie przyjechaliście wszyscy z Afryki? – i wskazałem na dziesiątki zaparkowanych autokarów i samochodów. Wyszło jednak że są to imigranci z Włoch, Niemiec i innych krajów Europy Zachodniej. A swoją drogą to już wiem że flaga Wybrzeża Kości Słoniowej ma te same barwy co irlandzka.
Haga zrobiła na mnie od początku pozytywne wrażenie, pierwsza architektura jaką ujrzałem to drapacze chmur; chude i zgrabne. Najnowsze z nich to trzy wieże Ministerstwa Spraw Wewnętrznych; każda jest w innym kolorze, co zawdzięczają różnym materiałom: cegle, granitowi i kamieniowi.
Dobrze wyglądają z każdej strony.


Choć w kwartale wysokościowców są też gorsze przykłady, jak ciemnoszary dworzec, albo postmodernistyczne kredki, zwane też tieten van Den Haag. Co gorsza, tam gnieździ się jakieś ministerstwo. Zaliczyłbym je do prądu, miejscami wpływowego, tzw. architektury zwymiotowanej. Podobnie jak hotel Inntel w Zaandam, ale tamten miał tę zaletę że był to pierwszy budynek na widok którego wziął mnie autentyczny rechot.
W Hadze, jeśli chodzi o historyczne budynki, widać mocniejsze wpływy francuskie niż w położonym bardziej na północ Amsterdamie. Na pewno wpływ na to miał też fakt że dynastia wywodzi się z Francji, a zawsze stacjonowali w Hadze. To może wyjaśnienie dlaczego kolorem Niderlandów jest pomarańcz, choć w tym kraju jedyne co pomarańczowe to pewnie owoce z importu. Właśnie dynastia Oranje pochodzi z księstwa z południowej Francji, które nazywało się la Principauté d'Orange. A sama nazwa wywodzi etymologię nie od koloru, ale od celtyckiego boga wody Arausia. Tak więc pomarańcz na proporcach, koszulkach i flagach Holendrów przeszła zawiłą drogę.

Pierwsze miejsce Zgromadzenia Narodowego, Binnenhof.
I jeszcze rzecz o historii: Holendrzy szeroko upamiętniają drugą wojnę światową i królową Wilhelminę. Natrafić można na sporo pomników ku czci bohaterów czy ofiar - czasem są to niestety ci sami ludzie; a Wilhelmina ma swoje fontanny, drzewa posadzone za jej panowania, place. Wojna przypadła na panowanie Wilhelminy, która ‘rządziła’ z emigracji w Londynie. Jest też symbolem oporu dzięki swoim przemówieniom w ciężkich chwilach narodu. Stąd hasła na jednym pomniku naprzeciw Noordeinde Palais w Hadze: „Ona była sama, lecz nie, bo miała naród. Naród był sam, lecz nie, bo miał ją”.

  Umówiony byłem z Mariną przed dworcem. W opisie na Couchu miała napisane coś w rodzaju „lubię mężczyzn, więc są bardziej niż mile widziani”. Pomyślałem sobie: dobra, zaryzykuję, najwyżej ją przystopuję. Okazało się jednak w porządku, choć oczywiście wcięty dekolt musiał być. Obeszliśmy miasto; tak przy okazji, to ona przetłumaczyła mi to hasło z pomnika. Potem w jej mieszkaniu pogadaliśmy o aborcji, nawet nie pamiętam skąd akurat ten temat; i choć broniła swojego –holenderskiego– stanowiska, to miałem wrażenie że pod koniec dyskusji zmiękła, zaczęła kluczyć. Dobrze, naszły ją może jakieś wątpliwości, mogę spokojnie zmienić temat.
W następny dzień udałem się do Scheveningen, to właściwie cały czas Haga, tyle że od strony wybrzeża. Zaraz na początku, jeszcze w centrum, ukazał się moim oczom niezwykły widok: orszak; barwny, konny, operukowany orszak królewski, zmierzał do pałacu mieszkalnego Monarchini. W karocy szyby były przyciemniane, jak przystało na pojazd dla dygnitarzy. Królowej tam nie było; orszak dopiero podążał do niej, by zapewnić transport do pałacu pracy Noordeinde (tak, Królowa też pracuje).

 W Scheveningen rzeczywiście jest tak jak słyszałem (od Wiolety). Na plażę idzie się pod górkę, i z pewnego miejsca widać jak na dłoni że ląd jest niżej niż poziom morza. Poszedłem szeroką plażą, człapiąc z rowerem, aby zanurzyć stopy w morskiej pianie. A gdy to zrobiłem, położyłem się na piasku, i patrzałem na morze, które stawało się coraz dalsze i bardziej blade. Zasnąłem. Gdy ocknąłem się, para jakieś dwadzieścia metrów ode mnie wpatrywała się we mnie, i właśnie mieli zamiar podejść i sprawdzić czy ze mną nie jest coś nie tak. Posłałem im spojrzenie wyjaśniające że wszystko ze mną tak, i ruszyłem do promenady. Znajdują się tam genialne pamperki, niektóre gigantyczne. Przedstawiają kilkadziesiąt scen z bajek, i to czasem drastyczne momenty. Poznałem kilka holenderskich bajek, jak lokalna „Śledziojad”, który był gigantem nachodzącym wioski i nie zważając na zdeptywanie chat i gospodarstw, wyjadał śledzie. Postać, wydaje się, groźniejsza niż Smok Wawelski. 


Ja, rower i morze. (no dobra, jeszcze dzieciaki)
 

















Wróciłem do centrum Hagi, nacieszyć się jeszcze pewnymi miejscami, np. spory inwentarz architektury secesyjnej. Pora kierować się do Mehdiego, goszczącego mnie Persa. Gdy byłem przed wejściem do domu, w drzwiach obok stała sąsiadka z miną mówiącą: nie dość że mieszkam obok Persa, to jeszcze gości sprowadza? Akurat robił grilla na tyłach, w ogródku. Zaproszonych Persów było pięciu, rzuciłem żartem że mamy tu mały Teheran. Dowiedziałem się co nieco o Iranie, żałując jednocześnie że nie jestem po lekturze Szachinszachu. Pod wieczór goście: Hiszpanka, Francuz i Persowie zaczęli się rozchodzić. Każdy z Persów, nie słysząc drugiego, powiedział do mnie „do zobaczenia”, lub „do zobaczenia później”. Zwłaszcza uderzyło mnie to usłyszane z ust Ahmida, który pojutrze wracał do Iranu. Na pewno się zobaczymy, natrafimy na siebie w dwunastomilionowym Teheranie. Naszło mnie jakieś podejrzenie że tu chodzi o życie pozagrobowe, mimo że oni mogą nie zdawać sobie sprawy z takiego nastawienia. Jeden przypis z Giaura: Alsyrat jest to most, tak wąski jak nitka pajęcza; na tym moście będą musieli przechodzić do raju; zamiast rzeki, ciągnie się u spodu przepaść piekielna. Persowie szczególnie boją się owego mostu.
Gdy zostałem sam z Mehdim, zapytałem go:
Is it true that people in Iran strongly dislike Alexander the Great?
Odpowiedział, nieco roztargniony:
Who? Ah, this war criminal. I don’t know, maybe.

Potem zaczęliśmy rozmawiać o tym jak Rosjanie starają się kontrolować pogodę i zachowanie chmur (znów nie pamiętam skąd akurat ten temat). Ponieważ Mehdi znał się na tym, ten kierunek to było jego wykształcenie, pokazał mi w warunkach domowych jak powstaje chmura. Używając do tego butelki z wodą i zapałek. Zaimponowało mi to; myślę że jestem w stanie to powtórzyć, więc mogę sprawić iż następne osoby stwierdzą że im to zaimponowało.
Gdy obudziłem się rano, Mahdi już siedział przy stole z czymś gorącym w kubku. Zapytał mnie:
– Tomas! Jak se mas?
– W porządku.
– Something wrong? Doesn’t sound like ‘dobze’.

 Wyszliśmy razem i po drodze pożegnaliśmy się. On, rzecz jasna, mówiąc: do zobaczenia. Mając w pamięci Chomeiniego, a potem Ahmadineżada, odrzekłem: do zobaczenia po następnej rewolucji! I wyruszyłem do Delft, miasta porcelany.



CDN.

wtorek, 26 czerwca 2012

Noord-Zuid Holland trip cz. I



To miała być wyprawa po nowe, więc już w Amsterdamie unikałem dobrze znanych miejsc. Lecz wkrótce zniknęła taka potrzeba. Do Alphen aan den Rijn wiodła trasa nieodbyta jeszcze przeze mnie. Zaskoczyło mnie jak daleko pętlę ma metro, na przedmieściach przedmieść. Ostatnie reminescencje Amsterdamu zniknęły. Z uśmiechem przywitałem tablicę „Zuid Holland, Welkom”, jakby to było skierowane osobiście do mnie.
 Alphen aan den Rijn było dla mnie głównie miejscem do posiedzenia i posilenia się. Na głównym placu rozsypany był piach jako plaża, co było głupie. Bawiły się tam dzieci jakby nie zdawały sobie sprawy że to głupie. Jeden stary kościół w centrum, porozrzucane stare domki, a reszta post- i modernistyczne wypełnienie. Narodziła się we mnie hipoteza że o to miasteczko toczyły się walki pancerne, tak przeważnie wyglądają takie miejsca: kościół, ratusz itp. się odbudowuje, co niektóre domki ocalają, a reszta to modernizm jak komu leży; prostokąty, trójkąty, kwadraty. Później doczytałem że inna nawałnica przeszła nad tą spokojną miejscowością – plan władz miejscowych wyburzenia i przekształcenia centrum w nowoczesny punkt. Marna próba, po raz kolejny udowodniona słabość pewnego stylu.
 Więc czas ruszać do Lejdy. Wjazd do miasta jest przez pysznej urody bramę, i to akuratna zapowiedź tego co za nią. Stoję z rozdziawioną gębą rozglądając się na te domy, kanały tak podobne, a tak różne od amsterdamskich; w końcu proszę młodzieńca spieszącego z jakimś zawiniątkiem żeby mi zrobił zdjęcie. Po tym jak to uczynił, widać było że chce się o mnie dowiedzieć więcej. Mnie nie trzeba namawiać na rozmowę, a już zwłaszcza gdy cały dzień nie mówiłem nic; rozmyślałem za to. I zaczęliśmy dyskusję. Potem zaprowadził mnie w jedno urokliwe cieniem miejsce w którym zacząłem obejście Leidse Loper, trasy miejskiej. Przy podawaniu mi ręki, zobaczyłem że zawiniątko jego to Bijbel, a więc musiał wracać ze spotkania gminy. Właściwie to wyglądał na takiego wypełnionego mocą i przekonaniem.



Hooglandse Kerk z kolumnami przypominającymi pochodnie z płomieniem wygląda majestatycznie. Później trasa przywiodła mnie do Burcht, zamku-fortecy. Został zbudowany w XI wieku, a już w XIII był uważany za mało przydatny do obrony, co skończyło się na zamienieniu go w park w XVII w. I bardzo dobrze, kto wie czy przetrwałby w innym wypadku. Jest to niesamowite miejsce, przypomina kocioł na kopcu. Można obejść mury i widzieć każdą stronę miasta.                                                                       Na tabliczkach poprzyczepianych tu i ówdzie tekst angielski na którym się skupiałem zajmował jedną trzecią lub jedną czwartą tego co wersja holenderska. Na moje zwrócenie na to uwagi, holenderski spacerowicz stwierdził że całe byłoby nudne dla przybyszy z zagranicy. Cóż, wierzę na słowo.

Hooglandse Kerk, widok z de Burcht.





Lejda z de Burcht.











 Miasto tchnie poetyckością, i nie jest to przenośnią. Na budynkach wypisane są wiersze, co jest trafionym sposobem przekazu wierszy; gdy czyta się wiersz ze ściany kamienicy podczas deszczu, pewnie mogą człowieka przejść dreszcze. Jest kilka wierszy po polsku, w tym Różewicza, na którego zobaczeniu zależało mi, bo wcześniej na zdjęciu spostrzegłem że jest tam literówka. Co czyniło ten przykład szczególnym, jak błąd na banknocie. Niestety, zamalowane i poprawione.

Sonet XXX Shakespeare'a
Nie wiem czy podoba mi się treść tego wiersza, ale forma tak.
Oto i Różewicz.
 
W ten dzień odbywał się mecz Holandia-Portugalia. Spacerując ulicami, wiedziałem o każdej niewykorzystanej akcji (okrzyk: „aaaah!”), o golu („jeeee!” lub „uuuaaa!” zależnie kto strzelał). Po meczu widziałem ludzi wiwatujących flagami, wołającymi „Holland!”, jakże byłem zdziwiony gdy dowiedziałem się później że przegrali. Widać Holender nie przepuści okazji by pochodzić z wielką flagą i pokrzyczeć, nawet jeśli ta okazja to dostanie w dupę w meczu.
Umówiłem się z Sinibaldo, że poczekam na jego współlokatorkę która mnie wpuści (CSurf). Miałem trochę czasu by posiedzieć w parku po zmroku. Tam zobaczyłem nietoperze wywijające okręgi między drzewami. Zacząłem się niepokoić czy muzyka jaką puszczam z komórki nie rozstraja ich lotu. No co, nie siedziałem nigdy wcześniej między stadem nadlatujących i odlatujących gacków. Ale nie, ich lot był precyzyjny, obojętnie od dźwięków otoczenia. Myślałem że może je słychać gdy echolokują, ale w końcu ultradźwięki to ultra.
Drzwi otworzyła mi Marthe, na swój urokliwy sposób brzydka Holenderka. Jest człowiekiem typu: no to róbmy herbatę, siadaj, i mów. Polecała mi książkę Johna Cleese’a cośtam o życiu, ale chyba psychologiczne porady nie są dla mnie. Ona sama skończyła psychologię, należała do frakcji spirytualistycznej – czyli na ścianach widać było tkaniny hinduskie z groteskowymi figurami, jak Słonioczłowiek o grubych brwiach trzymający myszy w chomącie; poza tym wierzyła w kontakt międzyludzki na poziomie ducha. Przyszła jeszcze później Hiszpanka Pepa, z Walencji, czująca się Katalonką. Tak mi się skojarzyło z nietoperzami, więc zapytałem dlaczego w herbie Walencji jest nietoperz. Pepa widocznie przyjmowała to od zawsze za naturalne, gdyż odpowiedziała że nie wie.

Marthe, Angie (o której jeszcze będzie mowa) i ja
Sinibaldo zasnął na kolacji na której był w odwiedzinach, więc spotkałem się z nim dopiero rano. Rozmawiałem z nim całkowicie poważnie, ale w duchu przyprawiało mnie to o śmiech: jego słowa, gesty. Czasem jest tak, że spotyka się kogoś kto jakby wyszedł z książki; nadawał się na postać literacką. Na pewno był wrażliwy, był humanistą. Ale będąc jakby zawsze o dwie sekundy opóźnionym, co nadawało mu pewnego komizmu. Poszliśmy razem na miasto, spotykając jeszcze jego przyjaciela, Luigiego, który okazał się w jednej czwartej Polakiem, czyli mam z nim jedną ósmą wspólnej narodowości.
Sinibaldo westchnął że musi iść po południu do biblioteki pisać magisterkę. Zapytałem:
– Why do you write your thesis  in the library? Do you feel peace of mind and peace of heart there?
– No.
– Is it because you find inspiration?
– No, there is a desk, I don’t have it in my room.
 Poszliśmy na dziedziniec, posiedzieć. 
Zapytałem ich, jako że mieszkają w Holandii już trochę, co sądzą o holenderskich kobietach. Sinibaldo wyjawił że gustuje w orientalnej urodzie, czyli wszystkim nieeuropejskim. Wiedziałem że studiuje między innymi turkologię, więc rzekłem, jakby go nakrywając: „aha, więc będziesz z Turczynką!”. Na to on, z przekąsem, sam nie rozumiejąc pewnie swoich uczuć, stwierdził że wydawałaby mu się zbyt mało egzotyczna. Głos zabrał Luigi i stwierdził – Dutch woman are amazing. I tu właśnie się z nim zgodziłem, ujawniając moje przekonanie że ogólny poziom jest wysoki, a już niektóre są piękne jak elfy albo anioły, po prostu nie da się iść spokojnie ulicą. Luigi dodał jeszcze że zauważył they are not interested in foreigners. Pomyślałem: stary, może to ty im się tylko nie podobasz. Powiedziałem natomiast: nie ta fryzura; długie włosy i dredy? Żel powinien być.
Zaśmiał się; ja też się zaśmiałem, chociaż nie wiem czemu.
I nadszedł czas pożegnania, a mnie już niosło do Hagi.

CDN. ;)

niedziela, 24 czerwca 2012

Morskość.


Wyprawy dalekomorskie obecne przez spory czas w życiu narodu holenderskiego w przedziwny sposób utrwaliły się w samym rdzeniu kultury tych ludzi. Chodzi np. o obyczaje. Podczas rozmowy, gdy Holender chce się upewnić że załatwił z tobą sprawę pyta dziarskim i wznoszącym głosem „joooo?”. Jest to donośne, mimo iż stoi się blisko. Momentalnie skojarzyło mi się to z okrzykami jakie wznosili marynarze przy szumie fal, gdy coś było robione ze statkiem. Holenderskie powitanie to „Hoi!” – też pachnie słoną wodą.
Mężczyźni powszechnie używają mnóstwa żelu, a fryzura jest tak pomyślana by przydługawe włosy sprawiały wrażenie zaniedbanych, mokrych a niedosuszonych. Dokładnie tak wyglądają włosy po kontakcie z morską wodą. Przypuszczam że było to tak: przez wieki mężczyźni pływający za morze byli postrzegani jako ci odważni, mówi się np. o wilkach morskich. Przez to mieli większe powodzenie. Te cechy właśnie utrwaliły się. Chociaż zdaję sobie sprawę że wymagałoby to szerzej zakrojonych badań, ale było nie było, blog ten nazywa się impresje.
W moim odbiorze to rzeczywiście działa. Gdy ostatnio miałem na głowie żel po eksperymencie EEG (który w zasadzie wygląda jak żel kosmetyczny) i wracałem do domu, miałem wrażenie że młode Holenderki patrzą na mnie o kilka sekund dłużej niż zwykle oczekuje się od kontaktu wzrokowego między ludźmi na ulicy.
Nie jest tajemnicą że surowe śledzie, holenderski przysmak serwowany na ulicy, były również podstawą diety marynarzy.

Przeto naród być może osiadł, etos marynarski zanikł, ale historia i obecne zachowania pasują do siebie.
 

czwartek, 14 czerwca 2012

Na ławce.



Uwielbiam to; gdy siedziałem w parku i obserwowałem parę składającą się z pijanego w sztos kloszarda na wózku oraz czubka kłócącego się głośno z samym sobą, zobaczyłem że wstali w końcu, troskliwie pozbierali puszki, butelki i siatki, i wyrzucili je do kosza na śmieci.

piątek, 8 czerwca 2012

Lampo-słońce.


W Holandii nie chadza się na solarium; nie są popularne i w całym ponadmilionowym mieście widziałem jedno. Dlaczego tak? Sądzę że kobiety o białej karnacji obawiałyby się stracić pewną dystynkcję. Ta nisza jaką jest śniada karnacja, jest zajmowana rozlegle przez Arabki, Marokanki, Karaibki. Biała kobieta ze sztuczną opalenizną zawsze będzie wyglądać godnie pożałowania przy np. Latynoamerykance. Zatem w spluralizowanym krajobrazie kobiecej cery solarium się nie opłaca. W Polsce, gdzie miażdżąca większość ludności jest biało-blada, dziewki szukające taniego chwytu na wyróżnienie się mogą iść na solarium. I tłumnie się do tego garną; uderzyło mnie to przy wizycie po trzech miesiącach emigracji. W dodatku nosi to jakiś podtekst świeżego powrotu z zagranicy, z ciepłych krajów – a jak wiadomo niektórzy po to głównie fatygują się za morze. Jakkolwiek, nigdy nie mogę pozbyć się myśli patrząc na taką jedną czy drugą damę, że wszechobecne promocje typu ‘5 minut + 3 za darmo’ nie służą im.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Wieczór.


Cholera, Amsterdam to jedno z niewielu miejsc na świecie gdzie samotny facet idący ulicą jest częściej zaczepiany i zagadywany niż samotna kobieta. No bo tak: wyszedłem wieczorem na miasto żeby coś załatwić. Najpierw przypałętał się Serb-homoseksualista i starał się mnie poznać bliżej. Na moje pytanie (a nie domyśliłem się jeszcze kto on jest) czego chce, odpowiedział że, no jak to, tu jest Holandia, tu tak się robi. I wyciągnął dłoń do uściśnięcia (a wtedy go raczej za takiego co kradnie sądziłem), nie uścisnąłem jej. Pogadał, pogadał, poudawał że umie po polsku, ale natrafiając na ścianę milczenia mojego, odszedł. Dalej przeszedłem przez Dzielnicę Czerwonych Latarni. Tam zagadują wszyscy i wszystkie, a te ostatnie starają się zwrócić uwagę stukaniem i prężeniem się, założyłyby raczej coś na siebie. Oczywiście samotnej, zbłąkanej dziewce nikt nie okazałby atencji.
Tam gdzie muzeum konopii kończy się Dzielnica, i mnie się tam dojść udało. Przechodząc jednym mostkiem, nie powiem którym bo taka ilość ich jest, zobaczyłem wlepkę na poręczy, lub jak się to dawniej mówiło naklejkę. I że takie rzeczy są dla mnie jak nieodkryte życie miasta, schyliłem się i przekręciłem do góry głowę. Obok mnie przechodził czarny młodzieniec, taki w typie ‘swojego nigga’, musiał pomyśleć że mam wizję, w tym mieście ludzie sporadycznie miewają wizje. Czując że to dla mnie ważna chwila, ale jednocześnie chcąc to jakoś współdzielić, odezwał się do mnie i zapytał. Odpowiedziałem, nie nie mam towaru. On na to, z zaangażowaniem z jakim zawsze wyjaśnia się nieporozumienia, że nie czy mam, a czy chcę. Powiedzieć czegoś innego niż prawda nie mogłem, a nie chciałem go też zawieść i wyjawić że ja jedynie poręcze mostku oglądam. Powiedziałem ze znaczącym uśmieszkiem, że więcej nie potrzebuję. On z jeszcze bardziej znaczącym uśmiechem pożegnał się ze mną. A ja potem zacząłem rozważać czy uśmiechanie się znacząco w chwili gdy ten uśmiech nic nie znaczy nie jest jednak skłamaniem. 

W powrotnej drodze na Keizersgracht zaczepił mnie jeszcze cieć jeden z pytaniem czy nie skorzystałbym z jego towaru, a to co ma to ecstasy i lsd. Patrząc na tę zabiedzoną mordę pokrytą chrostami naszła mnie myśl że z marketingowego punktu widzenia nie zachęca to. Odpowiedziałem grzecznie, że nie, dziękuję, i ruszyłem do domu, gdzie nikt mnie leżącego na łóżku nie zagada.

piątek, 1 czerwca 2012

Architektura


Holenderska architektura budzi podziw w kręgach profesjonalistów na świecie. O tym, że Holandia dla architektów jest tym czym Krzemowa Dolina dla informatyków, może świadczyć wielka ilość studentów architektury z innych krajów przebywających tu na wymianie lub praktykach. Dość powiedzieć, że na moje ogłoszenie o wynajmie pokoju na piętnastu studentów którzy odpowiedzieli, dwunastu studiowało architekturę. Jakie są konstytutywne cechy amsterdamskiej architektury? W dalszej części będzie jednak bardziej o ogóle budownictwa, nie najnowszych trendach.
1. Spójność, czyli prawdziwy pluralizm. Kto wie czy nie jest to najistotniejsza cecha architektury w ogóle. Dotknęło mnie to w Dubrowniku, gdzie każdy dom wzięty osobno nie wyróżniał się in plus, ale ponieważ na sporym terenie wewnątrz murów znajdowały się budowle tego samego stylu, wywoływało to stan, który można nazwać przeżyciem estetycznym. Tu, w Amsterdamie, zdarza się wszak zobaczyć tu i ówdzie budynek nijak nie pasujący do reszty, co świadczy o zaawansowanej pysze architekta. Jenak jest to na tyle rzadkie że chciałoby się pstryknąć temu fotkę, niczym wariatowi chodzącemu w piżamie po ulicy. Mogę podać przykład z głowy: wschodnia strona Museumplein. Jest takich ekscesów niewiele, w większości miejsc można zanurzyć się w dany styl bez przykrych doznań jak to się dzieje w miastach poszatkowanych.
2. Solidność materiałów. Choć akurat budynek na który mam widok z okna jest negatywnym wyjątkiem, ale dzięki temu dostrzegłem jak materiał jest istotny. Nie chodzi tu o trwałość budynku, bo tego nie widać tu i teraz, ale o walor estetyczny. A więc w domkach naprzeciwko, front poddasza tradycyjnie zabudowany drewnem został wyłożony jakimiś zielonymi plastikowymi panelami (jak się później dowiedziałem to oblicówka winylowa). Nie wygląda to dobrze, a wcale nie jestem uprzedzony do plastiku. Na przykład piję napoje z plastikowych butelek.
3. Surowość i pragmatyzm, nawet skromność; ale złagodzone przez gezelligheid (Holendrzy szczycą się tym iż to pojęcie jest nieprzetłumaczalne, ale powiedzmy że z grubsza onacza przytulność). Wiele budynków tutaj można porównać pod pewnym względem do nory hobbita – w pierwszym odczuciu chłodne i zdystansowane, ale gdy popatrzeć dłużej, detale mówią: jest zupełnie odwrotnie. Okna mieszkań są niekiedy bogatsze niż wystawy sklepowe i ta mnogość wytworów kultury materialnej widziana zewsząd oswaja architekturę – na tym w pewnej mierze polega gezelligheid. Choć dodaje się je też w całkiem nieoczekiwanych konfiguracjach, jak: „pójdziemy na przytulną kawę?”. W nowszych budynkach przeobraziło się to w styl designerski, to znaczy traktowanie budynków trochę jakby były plakatem. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że streetart który bujnie się zaznacza, jest tylko innym obliczem oswajania przestrzeni co domowy gezelligheid; czyli że właściwie mogliby to robić ci sami ludzie, różnica tkwi jedynie w temperamencie. Jakaś taka tkwi w powietrzu presja, że sam zaprowadziłem gezelligheid na swoim parapecie, a mieszkam na parterze – położyłem jako ozdobę stary łańcuch rowerowy i posadziłem w puszce czosnek z Polski który zakiełkował.


czwartek, 12 kwietnia 2012

O bogactwie narodów.


Obserwując tutejsze stosunki ekonomiczne musiałem był przyznać, że nie pojmowałem tej gospodarki. W Polsce to jest tak jak pisał Tuwim: murarz buduje dom dla piekarza, u którego bułki kupuje fryzjer, który regularnie strzyże murarza. Tutaj zaś jest z grubsza tak, że Polak buduje dom dla Holendra, Holender kupuje bułki u Araba, Holender idzie do fryzjera-Murzyna. Nieuchronnie narzuca się wizja, iż wielu ludzi z całego świata zjechało się by usługiwać Holendrom. I na te usługi jest wielki popyt, zważywszy na tutejszy rozległy rynek. Wyjaśnienie na chłopski rozum, i takie też słyszałem od człowieka obdarzonego zaiste chłopskim rozumem, mówi że Holendrzy obłowili się w czasach kolonialnych („złoto, z ł o t o !”) i teraz ciągną korzyści z tych zapasów. Istnieje powiedzenie „z faktami się nie dyskutuje”, ale bardziej właściwe byłoby: „z wyjaśnieniami na chłopski rozum się nie dyskutuje”. Nawet nie tyle że jest to fałszywe; po prostu nie dotyka istoty problemu – wyjaśnia jedynie odprysk sprawy.
Mówi się, że wysoko rozwinięte gospodarki są oparte na wiedzy. Ale co to tak naprawdę znaczy – bo raczej nie to, że każdy tu jest omnibusem zdolnym wybronić się w teleturnieju.
Widać tych Holendrów w biurach, coś omawiają, rozrysowują – to zdaje się jest gospodarka oparta na wiedzy. – W porządku, ale jak jeszcze tę wiedzę przekuć w pieniądz. – Płacą za nią inni mieszkańcy tego kraju. – To odwracanie kota ogonem, ci inni mieszkańcy skądś też mają pieniądze. Wygląda na to, że wszystko zaczyna się od niezwykle wydajnego rolnictwa i zaawansowanego przemysłu. Statystyka podaje że 75% PKB Holandii to usługi, 23% przemysł, a rolnictwo 2%. Ale te liczby kłamią – w tym sensie, że nie pokazują źródła bogactwa. 75% jest dodatkiem do 25%, dlatego że w tych 75% kryje się zarówno przedsiębranie tego co powstało w 25% (np. handel – sprzedaje się coś, czego usługi nie są w stanie wytworzyć, albo naprawa – usługa naprawia tylko to co z przemysłu, nie inną usługę), jak i usługi sensu stricte; które i tak są możliwe tylko dzięki 25%, a tym bardziej dzięki rolniczym 2% – społeczeństwo ekonomiczne jako dzieci, którym pozwolono iść do wesołego miasteczka i wydać tam szmal pod warunkiem że wcześniej zjadły obiad.