niedziela, 24 czerwca 2012

Morskość.


Wyprawy dalekomorskie obecne przez spory czas w życiu narodu holenderskiego w przedziwny sposób utrwaliły się w samym rdzeniu kultury tych ludzi. Chodzi np. o obyczaje. Podczas rozmowy, gdy Holender chce się upewnić że załatwił z tobą sprawę pyta dziarskim i wznoszącym głosem „joooo?”. Jest to donośne, mimo iż stoi się blisko. Momentalnie skojarzyło mi się to z okrzykami jakie wznosili marynarze przy szumie fal, gdy coś było robione ze statkiem. Holenderskie powitanie to „Hoi!” – też pachnie słoną wodą.
Mężczyźni powszechnie używają mnóstwa żelu, a fryzura jest tak pomyślana by przydługawe włosy sprawiały wrażenie zaniedbanych, mokrych a niedosuszonych. Dokładnie tak wyglądają włosy po kontakcie z morską wodą. Przypuszczam że było to tak: przez wieki mężczyźni pływający za morze byli postrzegani jako ci odważni, mówi się np. o wilkach morskich. Przez to mieli większe powodzenie. Te cechy właśnie utrwaliły się. Chociaż zdaję sobie sprawę że wymagałoby to szerzej zakrojonych badań, ale było nie było, blog ten nazywa się impresje.
W moim odbiorze to rzeczywiście działa. Gdy ostatnio miałem na głowie żel po eksperymencie EEG (który w zasadzie wygląda jak żel kosmetyczny) i wracałem do domu, miałem wrażenie że młode Holenderki patrzą na mnie o kilka sekund dłużej niż zwykle oczekuje się od kontaktu wzrokowego między ludźmi na ulicy.
Nie jest tajemnicą że surowe śledzie, holenderski przysmak serwowany na ulicy, były również podstawą diety marynarzy.

Przeto naród być może osiadł, etos marynarski zanikł, ale historia i obecne zachowania pasują do siebie.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz