Wyprawy dalekomorskie obecne przez spory czas w życiu narodu
holenderskiego w przedziwny sposób utrwaliły się w samym rdzeniu kultury tych
ludzi. Chodzi np. o obyczaje. Podczas rozmowy, gdy Holender chce się upewnić że
załatwił z tobą sprawę pyta dziarskim i wznoszącym głosem „joooo?”. Jest to
donośne, mimo iż stoi się blisko. Momentalnie skojarzyło mi się to z okrzykami
jakie wznosili marynarze przy szumie fal, gdy coś było robione ze statkiem.
Holenderskie powitanie to „Hoi!” – też pachnie słoną wodą.
Mężczyźni powszechnie używają mnóstwa żelu, a fryzura jest
tak pomyślana by przydługawe włosy sprawiały wrażenie zaniedbanych, mokrych a
niedosuszonych. Dokładnie tak wyglądają włosy po kontakcie z morską wodą.
Przypuszczam że było to tak: przez wieki mężczyźni pływający za morze byli
postrzegani jako ci odważni, mówi się np. o wilkach morskich. Przez to mieli
większe powodzenie. Te cechy właśnie utrwaliły się. Chociaż zdaję sobie sprawę
że wymagałoby to szerzej zakrojonych badań, ale było nie było, blog ten nazywa
się impresje.
W moim odbiorze to rzeczywiście działa. Gdy ostatnio miałem
na głowie żel po eksperymencie EEG (który w zasadzie wygląda jak żel
kosmetyczny) i wracałem do domu, miałem wrażenie że młode Holenderki patrzą na
mnie o kilka sekund dłużej niż zwykle oczekuje się od kontaktu wzrokowego
między ludźmi na ulicy.
Nie jest tajemnicą że surowe śledzie, holenderski przysmak
serwowany na ulicy, były również podstawą diety marynarzy.
Przeto naród być może osiadł, etos marynarski zanikł, ale historia i obecne zachowania pasują do siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz