To miała być wyprawa po nowe, więc już w Amsterdamie unikałem dobrze znanych miejsc. Lecz wkrótce zniknęła taka potrzeba. Do Alphen aan den Rijn wiodła trasa nieodbyta jeszcze przeze mnie. Zaskoczyło mnie jak daleko pętlę ma metro, na przedmieściach przedmieść. Ostatnie reminescencje Amsterdamu zniknęły. Z uśmiechem przywitałem tablicę „Zuid Holland, Welkom”, jakby to było skierowane osobiście do mnie.
Alphen aan
den Rijn było dla mnie głównie miejscem do posiedzenia i posilenia się. Na
głównym placu rozsypany był piach jako plaża, co było głupie. Bawiły się tam
dzieci jakby nie zdawały sobie sprawy że to głupie. Jeden stary kościół w
centrum, porozrzucane stare domki, a reszta post- i modernistyczne wypełnienie.
Narodziła się we mnie hipoteza że o to miasteczko toczyły się walki pancerne,
tak przeważnie wyglądają takie miejsca: kościół, ratusz itp. się odbudowuje, co
niektóre domki ocalają, a reszta to modernizm jak komu leży; prostokąty,
trójkąty, kwadraty. Później doczytałem że inna nawałnica przeszła nad tą
spokojną miejscowością – plan władz miejscowych wyburzenia i przekształcenia
centrum w nowoczesny punkt. Marna próba, po raz kolejny udowodniona słabość
pewnego stylu.
Więc czas
ruszać do Lejdy. Wjazd do miasta jest przez pysznej urody bramę, i to akuratna
zapowiedź tego co za nią. Stoję z rozdziawioną gębą rozglądając się na te domy,
kanały tak podobne, a tak różne od amsterdamskich; w końcu proszę młodzieńca
spieszącego z jakimś zawiniątkiem żeby mi zrobił zdjęcie. Po tym jak to
uczynił, widać było że chce się o mnie dowiedzieć więcej. Mnie nie trzeba
namawiać na rozmowę, a już zwłaszcza gdy cały dzień nie mówiłem nic;
rozmyślałem za to. I zaczęliśmy dyskusję. Potem zaprowadził mnie w jedno
urokliwe cieniem miejsce w którym zacząłem obejście Leidse Loper, trasy
miejskiej. Przy podawaniu mi ręki, zobaczyłem że zawiniątko jego to Bijbel, a
więc musiał wracać ze spotkania gminy. Właściwie to wyglądał na takiego
wypełnionego mocą i przekonaniem.
| Hooglandse Kerk, widok z de Burcht. |
| Lejda z de Burcht. |
Miasto
tchnie poetyckością, i nie jest to przenośnią. Na budynkach wypisane są
wiersze, co jest trafionym sposobem przekazu wierszy; gdy czyta się
wiersz ze ściany kamienicy podczas deszczu, pewnie mogą człowieka przejść
dreszcze. Jest kilka wierszy po polsku, w tym Różewicza, na którego zobaczeniu
zależało mi, bo wcześniej na zdjęciu spostrzegłem że jest tam literówka. Co
czyniło ten przykład szczególnym, jak błąd na banknocie. Niestety, zamalowane i
poprawione.
| Sonet XXX Shakespeare'a |
| Nie wiem czy podoba mi się treść tego wiersza, ale forma tak. |
| Oto i Różewicz. |
W ten dzień
odbywał się mecz Holandia-Portugalia. Spacerując ulicami, wiedziałem o każdej
niewykorzystanej akcji (okrzyk: „aaaah!”), o golu („jeeee!” lub „uuuaaa!”
zależnie kto strzelał). Po meczu widziałem ludzi wiwatujących flagami,
wołającymi „Holland!”, jakże byłem zdziwiony gdy dowiedziałem się później że
przegrali. Widać Holender nie przepuści okazji by pochodzić z wielką flagą i
pokrzyczeć, nawet jeśli ta okazja to dostanie w dupę w meczu.
Umówiłem się
z Sinibaldo, że poczekam na jego współlokatorkę która mnie wpuści (CSurf).
Miałem trochę czasu by posiedzieć w
parku po zmroku. Tam zobaczyłem nietoperze wywijające okręgi między drzewami.
Zacząłem się niepokoić czy muzyka jaką puszczam z komórki nie rozstraja ich
lotu. No co, nie siedziałem nigdy wcześniej między stadem nadlatujących i
odlatujących gacków. Ale nie, ich lot był precyzyjny, obojętnie od dźwięków
otoczenia. Myślałem że może je słychać gdy echolokują, ale w końcu ultradźwięki
to ultra.
Drzwi
otworzyła mi Marthe, na swój urokliwy sposób brzydka Holenderka. Jest
człowiekiem typu: no to róbmy herbatę, siadaj, i mów. Polecała mi książkę Johna
Cleese’a cośtam o życiu, ale chyba psychologiczne porady nie są dla mnie. Ona
sama skończyła psychologię, należała do frakcji spirytualistycznej – czyli na
ścianach widać było tkaniny hinduskie z groteskowymi figurami, jak
Słonioczłowiek o grubych brwiach trzymający myszy w chomącie; poza tym wierzyła
w kontakt międzyludzki na poziomie ducha. Przyszła jeszcze później Hiszpanka
Pepa, z Walencji, czująca się Katalonką. Tak mi się skojarzyło z nietoperzami,
więc zapytałem dlaczego w herbie Walencji jest nietoperz. Pepa widocznie
przyjmowała to od zawsze za naturalne, gdyż odpowiedziała że nie wie.
| Marthe, Angie (o której jeszcze będzie mowa) i ja |
Sinibaldo
zasnął na kolacji na której był w odwiedzinach, więc spotkałem się z nim
dopiero rano. Rozmawiałem z nim całkowicie poważnie, ale w duchu przyprawiało
mnie to o śmiech: jego słowa, gesty. Czasem jest tak, że spotyka się kogoś kto
jakby wyszedł z książki; nadawał się na postać literacką. Na pewno był
wrażliwy, był humanistą. Ale będąc jakby zawsze o dwie sekundy opóźnionym, co
nadawało mu pewnego komizmu. Poszliśmy razem na miasto, spotykając jeszcze jego
przyjaciela, Luigiego, który okazał się w jednej czwartej Polakiem, czyli mam z
nim jedną ósmą wspólnej narodowości.
Sinibaldo
westchnął że musi iść po południu do biblioteki pisać magisterkę. Zapytałem:
– Why do you write your thesis in the library? Do you feel peace of mind
and peace of heart there?
– No.
– Is it because you find inspiration?
– No, there is a desk, I don’t have it in my room.
Poszliśmy na dziedziniec, posiedzieć.
Zapytałem
ich, jako że mieszkają w Holandii już trochę, co sądzą o holenderskich
kobietach. Sinibaldo wyjawił że gustuje w orientalnej urodzie, czyli wszystkim
nieeuropejskim. Wiedziałem że studiuje między innymi turkologię, więc rzekłem,
jakby go nakrywając: „aha, więc będziesz z Turczynką!”. Na to on, z przekąsem,
sam nie rozumiejąc pewnie swoich uczuć, stwierdził że wydawałaby mu się zbyt mało
egzotyczna. Głos zabrał Luigi i stwierdził – Dutch woman are amazing. I tu
właśnie się z nim zgodziłem, ujawniając moje przekonanie że ogólny poziom jest
wysoki, a już niektóre są piękne jak elfy albo anioły, po prostu nie da się iść
spokojnie ulicą. Luigi dodał jeszcze że zauważył they are not interested in
foreigners. Pomyślałem: stary, może to ty im się tylko nie podobasz. Powiedziałem
natomiast: nie ta fryzura; długie włosy i dredy? Żel powinien być.
Zaśmiał się;
ja też się zaśmiałem, chociaż nie wiem czemu.
I nadszedł
czas pożegnania, a mnie już niosło do Hagi.
CDN. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz