wtorek, 26 czerwca 2012

Noord-Zuid Holland trip cz. I



To miała być wyprawa po nowe, więc już w Amsterdamie unikałem dobrze znanych miejsc. Lecz wkrótce zniknęła taka potrzeba. Do Alphen aan den Rijn wiodła trasa nieodbyta jeszcze przeze mnie. Zaskoczyło mnie jak daleko pętlę ma metro, na przedmieściach przedmieść. Ostatnie reminescencje Amsterdamu zniknęły. Z uśmiechem przywitałem tablicę „Zuid Holland, Welkom”, jakby to było skierowane osobiście do mnie.
 Alphen aan den Rijn było dla mnie głównie miejscem do posiedzenia i posilenia się. Na głównym placu rozsypany był piach jako plaża, co było głupie. Bawiły się tam dzieci jakby nie zdawały sobie sprawy że to głupie. Jeden stary kościół w centrum, porozrzucane stare domki, a reszta post- i modernistyczne wypełnienie. Narodziła się we mnie hipoteza że o to miasteczko toczyły się walki pancerne, tak przeważnie wyglądają takie miejsca: kościół, ratusz itp. się odbudowuje, co niektóre domki ocalają, a reszta to modernizm jak komu leży; prostokąty, trójkąty, kwadraty. Później doczytałem że inna nawałnica przeszła nad tą spokojną miejscowością – plan władz miejscowych wyburzenia i przekształcenia centrum w nowoczesny punkt. Marna próba, po raz kolejny udowodniona słabość pewnego stylu.
 Więc czas ruszać do Lejdy. Wjazd do miasta jest przez pysznej urody bramę, i to akuratna zapowiedź tego co za nią. Stoję z rozdziawioną gębą rozglądając się na te domy, kanały tak podobne, a tak różne od amsterdamskich; w końcu proszę młodzieńca spieszącego z jakimś zawiniątkiem żeby mi zrobił zdjęcie. Po tym jak to uczynił, widać było że chce się o mnie dowiedzieć więcej. Mnie nie trzeba namawiać na rozmowę, a już zwłaszcza gdy cały dzień nie mówiłem nic; rozmyślałem za to. I zaczęliśmy dyskusję. Potem zaprowadził mnie w jedno urokliwe cieniem miejsce w którym zacząłem obejście Leidse Loper, trasy miejskiej. Przy podawaniu mi ręki, zobaczyłem że zawiniątko jego to Bijbel, a więc musiał wracać ze spotkania gminy. Właściwie to wyglądał na takiego wypełnionego mocą i przekonaniem.



Hooglandse Kerk z kolumnami przypominającymi pochodnie z płomieniem wygląda majestatycznie. Później trasa przywiodła mnie do Burcht, zamku-fortecy. Został zbudowany w XI wieku, a już w XIII był uważany za mało przydatny do obrony, co skończyło się na zamienieniu go w park w XVII w. I bardzo dobrze, kto wie czy przetrwałby w innym wypadku. Jest to niesamowite miejsce, przypomina kocioł na kopcu. Można obejść mury i widzieć każdą stronę miasta.                                                                       Na tabliczkach poprzyczepianych tu i ówdzie tekst angielski na którym się skupiałem zajmował jedną trzecią lub jedną czwartą tego co wersja holenderska. Na moje zwrócenie na to uwagi, holenderski spacerowicz stwierdził że całe byłoby nudne dla przybyszy z zagranicy. Cóż, wierzę na słowo.

Hooglandse Kerk, widok z de Burcht.





Lejda z de Burcht.











 Miasto tchnie poetyckością, i nie jest to przenośnią. Na budynkach wypisane są wiersze, co jest trafionym sposobem przekazu wierszy; gdy czyta się wiersz ze ściany kamienicy podczas deszczu, pewnie mogą człowieka przejść dreszcze. Jest kilka wierszy po polsku, w tym Różewicza, na którego zobaczeniu zależało mi, bo wcześniej na zdjęciu spostrzegłem że jest tam literówka. Co czyniło ten przykład szczególnym, jak błąd na banknocie. Niestety, zamalowane i poprawione.

Sonet XXX Shakespeare'a
Nie wiem czy podoba mi się treść tego wiersza, ale forma tak.
Oto i Różewicz.
 
W ten dzień odbywał się mecz Holandia-Portugalia. Spacerując ulicami, wiedziałem o każdej niewykorzystanej akcji (okrzyk: „aaaah!”), o golu („jeeee!” lub „uuuaaa!” zależnie kto strzelał). Po meczu widziałem ludzi wiwatujących flagami, wołającymi „Holland!”, jakże byłem zdziwiony gdy dowiedziałem się później że przegrali. Widać Holender nie przepuści okazji by pochodzić z wielką flagą i pokrzyczeć, nawet jeśli ta okazja to dostanie w dupę w meczu.
Umówiłem się z Sinibaldo, że poczekam na jego współlokatorkę która mnie wpuści (CSurf). Miałem trochę czasu by posiedzieć w parku po zmroku. Tam zobaczyłem nietoperze wywijające okręgi między drzewami. Zacząłem się niepokoić czy muzyka jaką puszczam z komórki nie rozstraja ich lotu. No co, nie siedziałem nigdy wcześniej między stadem nadlatujących i odlatujących gacków. Ale nie, ich lot był precyzyjny, obojętnie od dźwięków otoczenia. Myślałem że może je słychać gdy echolokują, ale w końcu ultradźwięki to ultra.
Drzwi otworzyła mi Marthe, na swój urokliwy sposób brzydka Holenderka. Jest człowiekiem typu: no to róbmy herbatę, siadaj, i mów. Polecała mi książkę Johna Cleese’a cośtam o życiu, ale chyba psychologiczne porady nie są dla mnie. Ona sama skończyła psychologię, należała do frakcji spirytualistycznej – czyli na ścianach widać było tkaniny hinduskie z groteskowymi figurami, jak Słonioczłowiek o grubych brwiach trzymający myszy w chomącie; poza tym wierzyła w kontakt międzyludzki na poziomie ducha. Przyszła jeszcze później Hiszpanka Pepa, z Walencji, czująca się Katalonką. Tak mi się skojarzyło z nietoperzami, więc zapytałem dlaczego w herbie Walencji jest nietoperz. Pepa widocznie przyjmowała to od zawsze za naturalne, gdyż odpowiedziała że nie wie.

Marthe, Angie (o której jeszcze będzie mowa) i ja
Sinibaldo zasnął na kolacji na której był w odwiedzinach, więc spotkałem się z nim dopiero rano. Rozmawiałem z nim całkowicie poważnie, ale w duchu przyprawiało mnie to o śmiech: jego słowa, gesty. Czasem jest tak, że spotyka się kogoś kto jakby wyszedł z książki; nadawał się na postać literacką. Na pewno był wrażliwy, był humanistą. Ale będąc jakby zawsze o dwie sekundy opóźnionym, co nadawało mu pewnego komizmu. Poszliśmy razem na miasto, spotykając jeszcze jego przyjaciela, Luigiego, który okazał się w jednej czwartej Polakiem, czyli mam z nim jedną ósmą wspólnej narodowości.
Sinibaldo westchnął że musi iść po południu do biblioteki pisać magisterkę. Zapytałem:
– Why do you write your thesis  in the library? Do you feel peace of mind and peace of heart there?
– No.
– Is it because you find inspiration?
– No, there is a desk, I don’t have it in my room.
 Poszliśmy na dziedziniec, posiedzieć. 
Zapytałem ich, jako że mieszkają w Holandii już trochę, co sądzą o holenderskich kobietach. Sinibaldo wyjawił że gustuje w orientalnej urodzie, czyli wszystkim nieeuropejskim. Wiedziałem że studiuje między innymi turkologię, więc rzekłem, jakby go nakrywając: „aha, więc będziesz z Turczynką!”. Na to on, z przekąsem, sam nie rozumiejąc pewnie swoich uczuć, stwierdził że wydawałaby mu się zbyt mało egzotyczna. Głos zabrał Luigi i stwierdził – Dutch woman are amazing. I tu właśnie się z nim zgodziłem, ujawniając moje przekonanie że ogólny poziom jest wysoki, a już niektóre są piękne jak elfy albo anioły, po prostu nie da się iść spokojnie ulicą. Luigi dodał jeszcze że zauważył they are not interested in foreigners. Pomyślałem: stary, może to ty im się tylko nie podobasz. Powiedziałem natomiast: nie ta fryzura; długie włosy i dredy? Żel powinien być.
Zaśmiał się; ja też się zaśmiałem, chociaż nie wiem czemu.
I nadszedł czas pożegnania, a mnie już niosło do Hagi.

CDN. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz