Cholera, Amsterdam to jedno z niewielu miejsc na świecie gdzie samotny
facet idący ulicą jest częściej zaczepiany i zagadywany niż samotna kobieta. No
bo tak: wyszedłem wieczorem na miasto żeby coś załatwić. Najpierw przypałętał
się Serb-homoseksualista i starał się mnie poznać bliżej. Na moje pytanie (a
nie domyśliłem się jeszcze kto on jest) czego chce, odpowiedział że, no jak to,
tu jest Holandia, tu tak się robi. I wyciągnął dłoń do uściśnięcia (a wtedy go
raczej za takiego co kradnie sądziłem), nie uścisnąłem jej. Pogadał, pogadał,
poudawał że umie po polsku, ale natrafiając na ścianę milczenia mojego,
odszedł. Dalej przeszedłem przez Dzielnicę Czerwonych Latarni. Tam zagadują
wszyscy i wszystkie, a te ostatnie starają się zwrócić uwagę stukaniem i
prężeniem się, założyłyby raczej coś na siebie. Oczywiście samotnej, zbłąkanej
dziewce nikt nie okazałby atencji.
Tam gdzie muzeum konopii kończy się Dzielnica, i mnie się tam dojść udało. Przechodząc jednym mostkiem, nie powiem którym bo taka ilość ich jest, zobaczyłem wlepkę na poręczy, lub jak się to dawniej mówiło naklejkę. I że takie rzeczy są dla mnie jak nieodkryte życie miasta, schyliłem się i przekręciłem do góry głowę. Obok mnie przechodził czarny młodzieniec, taki w typie ‘swojego nigga’, musiał pomyśleć że mam wizję, w tym mieście ludzie sporadycznie miewają wizje. Czując że to dla mnie ważna chwila, ale jednocześnie chcąc to jakoś współdzielić, odezwał się do mnie i zapytał. Odpowiedziałem, nie nie mam towaru. On na to, z zaangażowaniem z jakim zawsze wyjaśnia się nieporozumienia, że nie czy mam, a czy chcę. Powiedzieć czegoś innego niż prawda nie mogłem, a nie chciałem go też zawieść i wyjawić że ja jedynie poręcze mostku oglądam. Powiedziałem ze znaczącym uśmieszkiem, że więcej nie potrzebuję. On z jeszcze bardziej znaczącym uśmiechem pożegnał się ze mną. A ja potem zacząłem rozważać czy uśmiechanie się znacząco w chwili gdy ten uśmiech nic nie znaczy nie jest jednak skłamaniem.
W powrotnej drodze na Keizersgracht zaczepił mnie jeszcze cieć jeden z pytaniem czy nie skorzystałbym z jego towaru, a to co ma to ecstasy i lsd. Patrząc na tę zabiedzoną mordę pokrytą chrostami naszła mnie myśl że z marketingowego punktu widzenia nie zachęca to. Odpowiedziałem grzecznie, że nie, dziękuję, i ruszyłem do domu, gdzie nikt mnie leżącego na łóżku nie zagada.
Tam gdzie muzeum konopii kończy się Dzielnica, i mnie się tam dojść udało. Przechodząc jednym mostkiem, nie powiem którym bo taka ilość ich jest, zobaczyłem wlepkę na poręczy, lub jak się to dawniej mówiło naklejkę. I że takie rzeczy są dla mnie jak nieodkryte życie miasta, schyliłem się i przekręciłem do góry głowę. Obok mnie przechodził czarny młodzieniec, taki w typie ‘swojego nigga’, musiał pomyśleć że mam wizję, w tym mieście ludzie sporadycznie miewają wizje. Czując że to dla mnie ważna chwila, ale jednocześnie chcąc to jakoś współdzielić, odezwał się do mnie i zapytał. Odpowiedziałem, nie nie mam towaru. On na to, z zaangażowaniem z jakim zawsze wyjaśnia się nieporozumienia, że nie czy mam, a czy chcę. Powiedzieć czegoś innego niż prawda nie mogłem, a nie chciałem go też zawieść i wyjawić że ja jedynie poręcze mostku oglądam. Powiedziałem ze znaczącym uśmieszkiem, że więcej nie potrzebuję. On z jeszcze bardziej znaczącym uśmiechem pożegnał się ze mną. A ja potem zacząłem rozważać czy uśmiechanie się znacząco w chwili gdy ten uśmiech nic nie znaczy nie jest jednak skłamaniem.
W powrotnej drodze na Keizersgracht zaczepił mnie jeszcze cieć jeden z pytaniem czy nie skorzystałbym z jego towaru, a to co ma to ecstasy i lsd. Patrząc na tę zabiedzoną mordę pokrytą chrostami naszła mnie myśl że z marketingowego punktu widzenia nie zachęca to. Odpowiedziałem grzecznie, że nie, dziękuję, i ruszyłem do domu, gdzie nikt mnie leżącego na łóżku nie zagada.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz