niedziela, 29 lipca 2012

Nord-Zuid Holland trip cz. IV

...Rano usłyszałem co najlepiej zobaczyć (słowo ‘zwiedzić’ pasuje mi bardziej do miast zabytkowych). Nie mogło być inaczej, rozmowa Rotterdamczyka z kimś spoza przeważnie schodzi na maj 1940 i bombardowanie. Dowiedziałem się że właściwie to rozkaz został odwołany, ale nie dotarło to do pilotów, którzy ostatecznie zrzucili 1308 masywnych bomb zapalających. Zniszczone zostało 25 tysięcy kamienic, 24 kościoły, 62 szkoły. Pożary szalały jeszcze kilka przez dni, tworząc burzę ognia. Nie można powiedzieć że w Rotterdamie nie ma w ogóle dawnej zabudowy. Jest, i to piękna. Tyle że widać iż są to okruchy, jak fragmenty porcelany:

Zaledwie wstanie jutrzenka
Ponad widnokrąg płaski
Słychać gdzie ziemia stęka
Maleńkich spodeczków trzaski.

Maastoren.
Co do nowej architektury, można wyodrębnić dwa porządki – powojenny i odkrywczy (nazwy ode mnie). Ten pierwszy to bloki, corbusieroskie zideologizowanie; nie da się trzymać na takich wzroku dłużej niż dziesięć sekund. Ta część przypomniała mi Warszawę, a przynajmniej jej część. Drugi natomiast, w większości nowszy, jest nie tylko poszukiwaniem – jak swoją pracę opisuje wielu architektów; jest też znajdywaniem. Do takich udanych projektów zaliczyłbym na pewno mosty: biały, smukły Erasmusbrug i czerwony, przyciężkawy Willemsbrug, pasujące do siebie niczym jeździec do białego wierzchowca. I jeszcze Maastoren, wieżowiec u dołu niebieski, bielejący ku górze. Dodać do tego sporą ilość mieszkaniówek pomysłowych w pozytywnym znaczeniu tego słowa. (jeśli ktoś chce zobaczyć negatywny sens słowa ‘pomysłowość’, niech rzuci okiem na Kubuswoningen, również w Rotterdamie). 


Erasmus- i Willemsbrug.
Trafiłem do Test Side Rotterdam, pasażu w całości pomalowanego na żółto, będącego centrum dyskusji nad miastem, urbanistyką i architekturą. Czytając tematy prelekcji i debat, zaświtało mi że miasta integralne, żyjące pełną piersią, jak Amsterdam albo Kraków, nie zastanawiają się ciągle nad sobą, nie mają potrzeby redefiniowania bez ustanku założeń. Nie zadają pytań: do czego służy miasto? Są natomiast miasta, również w Polsce, które takie pytania zadawać muszą. To jak w życiu ludzi: nie żyje dobrze ten, kto często żyje od nowa. 


Streetart w Rotterdamie wyraża jakiś krzyk.
Na ścianie bloku dziewczynka jak z Guerniki z rękami wyciągniętymi do żarówki. Kobieta z dwoma twarzami składa dłonie jakby do modlitwy. Podobnie pomniki. Wystrzeliwujące do góry niebotyczne słupy. Rozdarte Miasto Ossipa Zadkine. I jeszcze lasery, rząd laserów wzdłuż linii ognia, ustawiony 14 maja w rocznicę. W obozie oświęcimskim, mimo że de facto pomnika
żadnego tam nie ma, wydawało mi się że słyszę podobny krzyk. Wszystko to przywodzi na myśl muzykę sonoryzmu będącą polską specjalnością, do którego należy na przykład Tren Ofiarom Hiroszimy Pendereckiego (http://www.youtube.com/watch?v=uzOb3UhPmig). Nie dziwi specjalnie, że w scenie grzebania ciał w filmie Katyń użyto właśnie muzyki Pendereckiego.

Gouda.
Kolejnym moim celem była Gouda. Zoetermeer wyrzuciłem z trasy, bo odradziły mi je trzy nieznające się osoby; uznałem że społeczny dowód słuszności działa tu. Normalnie podjechałbym, bo doświadczeniem estetycznym są również brzydkie miasta, ale byłem już wcześniej choćby w paranoicznym architektonicznie Harlemermeer, więc mogłem spokojnie powiedzieć że starczy. 

Gouda rzeczywiście szczyci się wyrobem sera. Nad głównymi ulicami widać podwieszone okrągłe bloki sera z emblematem Gouda. Nie jest to zastrzeżony produkt regionalny, więc ser ten produkuje się np. również w Polsce. Interes idzie prawdopodobnie na tyle dobrze, że nie muszą się o to starać. I miasto zyskuje famę, skoro produkcja okala glob. Ulice i budynki są wspaniałej urody; to chyba jakaś reguła serowych miast, gdyż Edam też jest takie. Centralnym punktem placu jest popielaty gotycki ratusz (nieczęste połączenie koloru i stylu). Po jednej jego stronie widać płaskorzeźbę zbrojnego męża walczącego ze smokiem. Pomyślałem: niezły przykład średniowiecznej sztuki kamieniarskiej. Dopóki doczytałem inskrypcję głoszącą że to dla pamięci lat 1940-45, a wyobrażoną bestią jest oczywiście niemiecki najeźdca.
Drzwi w zdobionym portalu były otwarte, więc nie zastanawiając się długo, wszedłem. Tłum ludzi ubranych na galowo. Przecisnąłem się, i wtedy ujrzałem je: dwie kobiety biorące ślub. Nie jakieś tam związki partnerskie – ślub ze suknią, weselem i limuzyną. Przypatrzyłem się im. Mogłem porobić zdjęcia, bo na ślubie to przecież normalka że ktoś ciągle pstryka. Jedna z lesbijek była bardziej zmaskulinizowana, choć rysy twarzy miękkie. Ta była też w spodniach, nie w sukni. Zabierali się, po przyjęciu setek buziaków i uścisków jak to na ślubie bywa, do wyjścia. Wyszedłem wcześniej, spostrzegając przy tym że rozprowadza się wśród gości dmuchawki do baniek. Gdy wreszcie para młoda (ciężko te słowa się pisało) wyszła, goście dmuchali ze wszystkich sił, otaczając ich bańkami, ławicą lecących baniek. Wydało mi się to przewrotne, gdyż motyw bańki mydlanej uchodził za topos kruchości życia: człowiek leci, gdzieś do góry, i nagle: pyk! wypadek, zawał. Homo bulla. Tutaj zaś estetyczny widok na ślubie, powątpiewałbym żeby posiadał symbolikę (małżeństwo nagle skończone rozwodem?). Do zdjęcia na schodach postawiły babcię między sobą, co mnie rozczuliło. No ślub, po prostu ślub.


Odszedłem stamtąd i poprosiłem o zdjęcie przed ratuszem młodą dziewczynę która akurat przechodziła. Trochę niepewna siebie, spytała dwa razy czy takie może być. Szła na urodziny które odbywały się za godzinę, więc powiedziała że oprowadzi mnie po mieście. Jeżeli miałbym próbować ją przejrzeć, to wyglądała jakby nie miała zbyt wielu kontaktów z płcią przeciwną, i uznała to za okazję do potrenowania. No dobrze, prowadź. Najpierw sklep z jakimiś haftami, które według opisu służyły do łapania dobrych snów („You don’t know dream catchers?!”). Spytałem ją czy działa gdy śpi pod tym. Powiedziała że nie bardzo, a mnie ta odpowiedź ukontentowała, ponieważ miałem okazję do okazania dowcipu i odparłem że powinna zwrócić to w ramach reklamacji.
 

Później budka z wypiekanymi na miejscu stroopwaffels, które wywodzą się z Goudy, bedąc z początku pożywieniem biedoty, a później zdobywając cały kraj. Kupiłem takiego ciepłego, rozpływającego się, i dalej poprosiłem że może pójdziemy pod ten kościół co widać wieżę. 
Po drodze opowiedziałem jej o ślubie lesbijskim, bo jeszcze byłem pod wrażeniem. Ale dyskusję zaczęliśmy nie o samym ślubie, tylko o lesbijkach, bo to zagadka od jakiegoś czasu dla mnie: jeżeli jedna gra w związku (w większości związków) tę twardszą, wręcz mężczyznę, to znaczy że ta druga pożąda cech męskich, tego zdecydowania. Nie jest zatem lesbijką par excellence. Dlaczego więc bierze quasi-mężczyznę, skoro może mieć prawdziwego? Widziałem w Poznaniu taką zabawną sytuację, gdy z pary spacerujących lesbijek jedna zapytała dziewczęcym głosikiem: – To gdzie teraz idziemy? Druga odparła tonem nieznoszącym sprzeciwu: – Na piwo...! Oczywiście tej kwestii nie rozwiązaliśmy; ona się ze mną nie zgadzała, a ja stwierdziłem że wymagałoby to szerzej zakrojonych badań antropologicznych, których zresztą być może ktoś się był podjął. Uznałem że poszperam coś na ten temat. Impreza mojej towarzyszki się zbliżała, więc pożegnaliśmy się. Nawet chciałem zrobić sobie z nią zdjęcie, ale robienie sobie zdjęcia z osobą którą poprosiło się o zrobienie zdjęcia miałoby w sobie coś groteskowego. 

Wyjeżdżałem już z miasta, gdy zobaczyłem rzeźbę która przypomniała mi pewną moją myśl przy stadninie. Otóż patrząc na poganiane, zdyszane konie, tak mi przyszło do głowy, że świat nazwę sprawiedliwym jeżeli to konie będą dźwigane na plecach ludzi. Ponieważ tak się nie stanie, świat nigdy nie będzie zasługiwał na miano sprawiedliwego. A ta rzeźba: zwierzę juczne na plecach człowieka. Wróciłem z drogi wylotowej, by przyjrzeć się temu: symboliczne wyobrażenie świata bez… ta nazwa jest nowa, więc brzmi obco – gatunkizmu. Inaczej szowinizmu, dyskryminacji gatunkowej. Ale to zgoła przenośnia.

Teraz już naprawdę w drogę, bo chmury, a do Lejdy nie tak blisko. Chmur takich nie widziałem wcześniej, barwy ciemnoszaro-granatowej, w jednym miejscu przebijające zielenią. Gdy tylko wydostałem się z miasta, lunęło. Po paru kilometrach jazdy zobaczyłem dach przy zakładzie pracy i się pod niego schowałem. Ale to na nic. Nie przeczekam tego, trzeba jechać. Ruszyłem w okropnym deszczu i gdzieś tam w tym szumie zobaczyłem w oddali kościół, z boku i zupełnie nie po drodze. Pomyślałem: jakby tak wejść i się ogrzać… Po chwili myśl: to świątynia Boga. I złączenie tych myśli: ogrzać się w cieple Boga. I wtedy wzięło mnie; przestałem jakoś czuć deszcz, przemoczony płaszcz, chyba też ciało. Zamknąłem oczy smagany przez krople, i powtarzałem tę myśl: ogrzać się w cieple Boga. I słowa Augustyna, ze wszystkich świętych najbardziej ludzkiego: Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze dopóki w Tobie nie spocznie. 

Pochmurno.

Całkiem inną kwestią na ile chwile mistycyzmu przekładają się na ogólniejszy światopogląd; może chciałbym żeby przekładały się bardziej, ale przecież to tak nie działa.




CDN.

Ten portret jest w stylu art nouveau.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz