niedziela, 15 lipca 2012

Nord-Zuid Holland trip cz. III


...Sam zaopatrzyłem się tam w biało-niebieskie pamiątki. Po drodze usiadłem na ławce w Rijswijk, miasteczku które może poszczycić się np. muzeum historii Rijswijk. Siedząc, zobaczyłem powłóczącego nogami starca przechodzącego przede mną. Przystanął, widać jakby się rozmyślił bo ruszył do przodu, ale znów przystanął, i tym razem ruszył do mnie. Wziąłem plecak z ławki i usiadł koło mnie. Miał zdobioną laskę, z czasów kiedy jeszcze zdobiono laski. Po chwili powiedział coś w niderlandzkim. Zdobyłem się na powiedzenie: – Ik spreek geen Nederlands. Na to on zaproponował: English, Deutsch? Więc dowiedziałem się że objechał na rowerze całą Francję, że w Delfach muszę spędzić sporo czasu, że jest tam licząca się Politechnika. Po czym wstał, wyznał że ma 93 lata i prowadzi czasem samochód. A mnie, patrzącego jak się oddala, wzięło, jakaś nostalgia, czy ochota uderzenia rękami w głowę, w swoją głowę.
Delfy majaczą z daleka masywną więżą kościoła Oude Kerk. Od początku wydała mi się przekrzywiona, a jak doczytałem w broszurce, to nie tylko moje wydawanie. Odchylenie zauważono jeszcze w trakcie budowy, więc cztery okalające wieżyczki są wertykalne do podłoża, trochę jak roślina rosnąca na krzywiźnie pnąca się jednak do góry. W XIX wieku planowano nawet ją rozebrać, ale zdecydowano się pójść na żywioł i zostawić. Jest jeszcze jeden ważny kościół – Nieuwe Kerk. Oba są tak wysokie, bo parafie rywalizowały kto będzie miał potężniejszy przybytek. Nowy Kościół z zewnątrz jest w trzech kolorach, efekt całkowicie niezamierzony. Dół wieży to cegła, później kamień, a na samej górze piaskowiec który miał być tego samego koloru, ale kwaśne deszcze spowodowały jego sczernienie. Niedziwne że tego nie remontują, kombinacja kolorów wygląda znakomicie.
 
 
 





















Do obu wnętrz wszedłem, są niezwykle ciekawe. Kościoły przeżyły targnięcia Ikonoklastów: tłumu niszczącego rzeźby, obrazy itp. w przekonaniu że tak będzie bardziej zbożnie. W Nieuwe Kerk zaraz przy wejściu zachowała się jedna płaskorzeźba, zresztą widać na niej kilka uderzeń młotem. W Oude Kerk przetrwała przepiękna, misterna ambona z przedstawieniami czterech ewangelistów. Poza tym kościoły są dość ascetyczne i o to chodziło protestantom. W XVIII wieku nadszedł kolejny duch rewolucji, i z krypt znajdujących się na posadzce wytarto, wymazano herby rodowe. Każdy miał być równy; krew ludzi miała być czerwona, nie błękitna. W Nieuwe Kerk znajdują się groby monarchów, od pierwszego do ostatniego. W Oude Kerk zaś pochowany został Jan Veermer – i standardowa opowieść, jak przy Mozarcie, Cyprianie Norwidzie, i wielu innych. Umieszczono jego doczesne szczątki za ubogą tabliczką a to tylko dlatego że jego matka wcześniej posiadała tam kryptę. Potem oczywiście szaleństwo: to był dopiero człowiek, trzeba postawić mu pomnik. I obok ubogiej oryginalnej tabliczki, płyta obramowana marmurowym akantem i z pozłota głosząca że tu wybitność spoczywa. No, i warto wspomnieć o grobach prawnika Hugo Grocjusza i mikrobiologa Antoniego van Leeuwenhoeka, który jako pierwszy ujrzał pod skonstruowanym przez siebie mikroskopem tętniący życiem świat żyjątek, zarazków w kropli wody ze stawu, o którego istnieniu nikt nawet nie przypuszczał. 

Delfy są doskonałym miastem do powłóczenia się, miasto jest naprawdę przywiązane do porcelanowej tradycji. W jednym parku trafiłem na latarnie obłożone porcelanowymi kaflami. Przy bocznych uliczkach stoją warsztaty porcelanowe jak za dawnych czasów. Do jednego takiego wszedłem, wdając się w rozmowę z rzemieślniczką (artystką?). Narzekała że ta tańsza porcelana którą widać w suwenirowych sklepach to masówka, z pewnością nie są malowane ręcznie bo nie zawierają inicjałów wytwórcy. Nie chciałem już jej zwracać uwagi że nie każdego stać by zakupić u niej talerz, choćby piękny, za 40 euro. A brak inicjałów na tamtych nie świadczy wcale o czymś takim, przecież zarówno kupujący jak wytwarzający wiedzą że nie jest to sztuka przez wielkie ‘s’, to ledwie miła pamiątka. Obejrzałem stanowisko formowania figur, mieniącą się wystawę; i pożegnałem się, zapewniając że gdy się dorobię z pewnością kupię siedemdziesięciocentymetrową gęś, spoglądającą melancholijnie jakby wiedziała że jest tylko z porcelany.          



Pewną specjalnością Holandii jest binnenhof, dosł. dziedziniec. Protestanci zrezygnowali z klasztorów i binnenhof było ich zastępnikiem. Są to domki, niezwykle zadbane, ustawione wokół ogrodu, przeważnie z metalowym artefaktem pokazującym kierunki świata. Mieszkały tam kobiety uciekające przed zgiełkiem i zalotnikami; choć pewnie w wielu przypadkach właśnie tych zalotników brakowało, a coś ze sobą trzeba było zrobić. Do dziś w statusie takich binnenhof stoi, że mogą mieszkać tam same kobiety. Można je zwiedzać, choć rzecz jasna, sprowadzanie grup kilkudziesięciu japońskich turystów nie jest mile widziane. W Delfach znalazłem takich kilka; we wnętrzu jest spokój, który wydaje się jakby można było stamtąd zabrać. 
 


 
Posiedziałem jeszcze na ławce pod Oude Kerk, obok grał akordeonista Cygan. Gdy wstałem i oddaliłem się, słyszałem ciągle w głowie wygrywaną przez niego melodię, a była to melodia przyjemna. Uznałem że muszę się za to odwdzięczyć monetą, jeżeli tam wrócę. I wróciłem, lecz go pod tą ścianą nie było. Trudno, może mu długo nic nie wrzucali. Poszedłem w całkiem inny zaułek i zobaczyłem następnego akordeonistę, w dodatku również melodyjnie grał. No tak, ale ja chciałem wrzucić tamtemu. Postałem trochę, i nagle dotarło do mnie że to on; tyle że zmienił kurtkę, zdjął przeciwsłoneczne okulary. Wrzuciłem tę monetę, która widocznie była jemu przeznaczona. 
 


I z dreszczykiem ekscytacji ruszyłem do Rotterdamu; prawdę mówiąc przed każdym nowym miastem czułem go. Co jest w zasadzie warunkiem tego że mi się chce: pedałować, jechać dalej, nie zważać na pot, stwardniałe dłonie.
Po drodze, wśród innych zwierząt, ujrzałem oswojonego dzika, albo hodowlaną dziką świnię która wydała się sympatyczna. Obok stała koza, wyglądali jak kumple, niczym Timon i Pumba. Ciężko pomyśleć, że Pumba będzie wzięty pewnego dnia do zarżnięcia, a Timon do rozrodu. Czy ja nie miałem przejść na wegetarianizm, albo chociaż ten fleksi?

Wjechałem od strony Schiedam, miasteczka który wygląda jak pomniejszony Amsterdam. Kamienice o dwa piętra niższe, kanały dwa razy węższe, kościoły z krótszym o połowę kurantem. Ludzie normalnej wielkości.
Schiedam rozwkitnął na produkcji ginu, dziś prawie zanikłej. A winny temu między innymi Heineken, który przypuścił na początku XX wieku akcję informującą ludzi o wielkich przewagach zdrowotnych piwa. Przy budowie nowego browaru, na symbolicznej kielni Heinekenowie wypisali: aby piwo zwyciężyło ten trunek ze Schiedam, (a kielnia ta teraz spoczywa w Muzeum Amsterdamskim przy Kalverstraat 92). Wraz z marynarzami z krajobrazu ulicy zniknął też ich ulubiony napój.

W Rotterdamie podjechałem od razu do swego hosta, Ronalda, gdyż chciałem już posiedzieć. Był on… najkrótszy wyraz jaki może go opisać to nerd. Jak inaczej określić gościa który ma na półkach chyba większość wyprodukowanych konsol do gry, od Commodore’a 64 do PlayStation, pod balkonem trzymetrowe gałęziaste rośliny, a w terrarium dużych rozmiarów patyczaki. Właściwie to nie tylko je, spacerowały tam też chrząszcze („przybłąkały się z roślinami a nie ma jak ich wyrzucić”), ślimaki („dałem je specjalnie”) i muszki – cały ekosystem, jedynie mrówki „się nie przyjęły”. Rozmawialiśmy o grach, a ponieważ Ronald wielbił strategie, pomyślałem że pokażę mu coś co, mimo toporności, zwykło mnie dawniej wciągać, Isle War. Zgodził się, zaznaczając że już się zrobiło późno, więc jedynie rzuci okiem. Jak można było się domyślić, nie skończyliśmy dopóki nie podbił całej planszy i zrobiło się jeszcze później. Przy szykowaniu materaca, zwróciłem mu uwagę, że tu na liściach chadza sobie patyczak. Chwycił go zdecydowanym gestem, mówiąc że to normalne bo uciekają, i on zawsze jest w stanie to wychwycić po obgryzionych roślinach w donicach. Przed położeniem się (a leżałem tuż przy terrarium i donicach) zapytałem się „ale one nic mi nie zrobią?”. Odrzekł, że ponieważ nie jestem zielony, to nie. No więc zasnąłem, śniąc o czymś wąskim, chudym i na liściu.
 
Z Ronaldem.





 CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz