Rano
obudziła mnie przejęta rozmowa Angie i Marthe. Angie przeżywała ciężkie chwile:
jej chłopak, Francuz, powiedział dzień wcześniej, że spotkał dziewczynę która
wydała mu się jak tęcza na niebie, on musi za nią iść. Angie analizowała każde
jego zdanie, a może coś, a nuż. I uchwyciła się jego wyrażenia, że gdy widzi
się tęczę, nie widać słońca. Była w rozterce, bo już mieli zarezerwowany prom
do Grecji, gdzie mieli osiąść. W dodatku on zgodził się pójść na kompromis,
choć kompromis to chyba był jedynie w jego oczach: będą razem, ale on będzie
odchodzić załatwiać swoje potrzeby seksualne do tamtej. I Angie pytała o
zdanie, co ja bym zrobił, co Marthe sądzi. Przedstawiłem trochę swoje teorie na
sprawy miłosne i zapatrywania na tę konkretną sprawę. Stwierdziłem że zachował się
jak dzieciak który rzucił się na słodycze, a nie wie jeszcze że od tego się
wymiotuje. Angie westchnęła „a więc ja jestem nudnym, zdrowym jedzeniem…”. Nie
w tą stronę miało iść pocieszanie, więc opowiedziałem jej o podziale człowieka,
który jest przydatny również do rozważania miłości: na część impulsywną,
uczuciową i intelektualną. I ten jej gość jest zdolny tylko do przeżywania na
poziomie impulsywnym, może czasem przypadkiem wchodzi na następny. Prawdziwa
miłość zaś to taka, która przechodzi w pełnię w trzech częściach ludzkiej
duszy; po tym, myślę, można poznać kogoś dojrzałego do miłości – potrafi kochać
intelektem, a jedynie taka miłość jest źródłem, ciągle świeżym. Angie złapała o
co chodzi, i chyba w duchu skreśliła już Francuza, niezależnie od jego pięknych
słówek o tęczy i słońcu. Tak sobie pomyślałem, że nie chodzi o to żeby nie
wybaczać. Ale on nie pokazał wiele skruchy, a samo gadanie to za mało. Dodałem
jeszcze, jakby z wahaniem, o czwartej części człowieka; nie części duszy, a
ponad duszą – będącą duchem, egzystencją. I do miłości można to odnieść.
Oczywiście, drugiego człowieka poznajemy tylko zmysłami, ale w tym co słyszymy
da się odróżnić warstwę esencji i egzystencji. Esencja to to czym jesteśmy,
egzystencja tym że jesteśmy. Egzystencja poprzedza esencję, jak mówi znane
zdanie. Najpierw się jest, a później, w miarę możliwości, wybiera jakim się
jest. W miłości, ale tej rzadkiej i niedlakażdego, zdarza się porozumienie na
poziomie egzystencji. To znaczy, wtedy przestaje mieć znaczenie że ten człowiek
stojący przede mną to kobieta wyglądająca tak a tak; mogłaby być moim
przyjacielem, sąsiadem, kimkolwiek, mogłaby być łysa, a czułbym kontakt tak
samo personalny i bliski jak i teraz. Taką miłość zresztą się obserwuje: choć
wymaga samozaparcia, ale pewnie dlatego jest tak piękna.
Teraz już naprawdę musiałem jechać,
bo dochodziła trzynasta, a nie uśmiechało mi się zajechać do Amsterdamu po
północy. Uścisnęliśmy rękę z Angie jakoś dziwnie patrząc sobie w oczy, i z
Marthe. Zanim wyruszyłem w trasę powrotną nie omieszkałem odwiedzić jeszcze raz
tych miejsc w Lejdzie, które tak mile działały na oko. Zaszedłem do muzeum
miasta, gdzie ukazano życie w Niderlandach w średniowieczu, ale i w czasach
późniejszych. Skórzane trzewiki – małe, dziecięce, ale też rozmiaru dorosłego.
Pomostem między mną a człowiekiem z przeszłej epoki stały się jego buty. Więc
patrzę na nie, jakby coś opowiadały. Obok wyłożone fajki: białe, długie, takie
jak miał Gandalf, który prawdopodobnie miał korzenie holenderskie. Naturalną koleją
rzeczy jest że teraz pali się różne rzeczy w coffeeshopach – czy u nas ktoś
dziwi się że jedzony jest bigos, albo kasza?
Dom wydawał się zamknięty, ale jest
kołatka, a ja już nabrałem pewnego tupetu, który pozwala wszędzie wchodzić,
pytać i prosić wyganiającego mnie z zamku ochroniarza by jeszcze pstryknął mi
zdjęcie (to z drogi do Utrechtu). Otwiera mi kustoszka i wpuszcza, jakby jej
było trochę głupio że tu dom filozofa a zamknięte. Mówi że bilet za 5 euro, ale
jeszcze się pyta czy studiuję, wtedy bilet jest za 3,5. Pada pytanie co
studiuję. Gdy usłyszała, pokiwała głową ze słowami: „that must be a special
discount…” Wszedłem ostatecznie za dwa euro; od początku wiedziałem że
studiowanie filozofii wiążę się z wymiernymi korzyściami finansowymi. Wnętrze
domu warte ujrzenia; Spinoza zresztą nie zajmował go całego sam, miał do
dyspozycji gabinet, strych, ogród.
zapragnął
dosięgnąć Boga
szlifując na
strychu
soczewki
przebił
nagle zasłonę
i stanął
twarzą w twarz
| Zandvoort |
Minąłem Nordwijk, znaną mi nazwę, bo tam
podążali na warsztaty taneczne Czeszka Katarina i Rosjanin Jaroslav, których
gościłem w Amsterdamie. Dalej jeszcze parę kilometrów wydmami, i wjechałem do
lasu. Przez Zandvoort, niczego sobie miasteczko całkiem wesołe, Haarlem, które
chętnie raz jeszcze zobaczyłem, wjechałem do Noord, Amsterdamu Noord - domu, tyle że tymczasowego. I tu
kończy się ta podróż, ta relacja.
Ja zaś
podróżuję dalej, by zobaczyć, usłyszeć, i z tego wszystkiego zrozumieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz