piątek, 1 czerwca 2012

Architektura


Holenderska architektura budzi podziw w kręgach profesjonalistów na świecie. O tym, że Holandia dla architektów jest tym czym Krzemowa Dolina dla informatyków, może świadczyć wielka ilość studentów architektury z innych krajów przebywających tu na wymianie lub praktykach. Dość powiedzieć, że na moje ogłoszenie o wynajmie pokoju na piętnastu studentów którzy odpowiedzieli, dwunastu studiowało architekturę. Jakie są konstytutywne cechy amsterdamskiej architektury? W dalszej części będzie jednak bardziej o ogóle budownictwa, nie najnowszych trendach.
1. Spójność, czyli prawdziwy pluralizm. Kto wie czy nie jest to najistotniejsza cecha architektury w ogóle. Dotknęło mnie to w Dubrowniku, gdzie każdy dom wzięty osobno nie wyróżniał się in plus, ale ponieważ na sporym terenie wewnątrz murów znajdowały się budowle tego samego stylu, wywoływało to stan, który można nazwać przeżyciem estetycznym. Tu, w Amsterdamie, zdarza się wszak zobaczyć tu i ówdzie budynek nijak nie pasujący do reszty, co świadczy o zaawansowanej pysze architekta. Jenak jest to na tyle rzadkie że chciałoby się pstryknąć temu fotkę, niczym wariatowi chodzącemu w piżamie po ulicy. Mogę podać przykład z głowy: wschodnia strona Museumplein. Jest takich ekscesów niewiele, w większości miejsc można zanurzyć się w dany styl bez przykrych doznań jak to się dzieje w miastach poszatkowanych.
2. Solidność materiałów. Choć akurat budynek na który mam widok z okna jest negatywnym wyjątkiem, ale dzięki temu dostrzegłem jak materiał jest istotny. Nie chodzi tu o trwałość budynku, bo tego nie widać tu i teraz, ale o walor estetyczny. A więc w domkach naprzeciwko, front poddasza tradycyjnie zabudowany drewnem został wyłożony jakimiś zielonymi plastikowymi panelami (jak się później dowiedziałem to oblicówka winylowa). Nie wygląda to dobrze, a wcale nie jestem uprzedzony do plastiku. Na przykład piję napoje z plastikowych butelek.
3. Surowość i pragmatyzm, nawet skromność; ale złagodzone przez gezelligheid (Holendrzy szczycą się tym iż to pojęcie jest nieprzetłumaczalne, ale powiedzmy że z grubsza onacza przytulność). Wiele budynków tutaj można porównać pod pewnym względem do nory hobbita – w pierwszym odczuciu chłodne i zdystansowane, ale gdy popatrzeć dłużej, detale mówią: jest zupełnie odwrotnie. Okna mieszkań są niekiedy bogatsze niż wystawy sklepowe i ta mnogość wytworów kultury materialnej widziana zewsząd oswaja architekturę – na tym w pewnej mierze polega gezelligheid. Choć dodaje się je też w całkiem nieoczekiwanych konfiguracjach, jak: „pójdziemy na przytulną kawę?”. W nowszych budynkach przeobraziło się to w styl designerski, to znaczy traktowanie budynków trochę jakby były plakatem. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że streetart który bujnie się zaznacza, jest tylko innym obliczem oswajania przestrzeni co domowy gezelligheid; czyli że właściwie mogliby to robić ci sami ludzie, różnica tkwi jedynie w temperamencie. Jakaś taka tkwi w powietrzu presja, że sam zaprowadziłem gezelligheid na swoim parapecie, a mieszkam na parterze – położyłem jako ozdobę stary łańcuch rowerowy i posadziłem w puszce czosnek z Polski który zakiełkował.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz