Holenderska
architektura budzi podziw w kręgach profesjonalistów na świecie. O tym, że
Holandia dla architektów jest tym czym Krzemowa Dolina dla informatyków, może
świadczyć wielka ilość studentów architektury z innych krajów przebywających tu
na wymianie lub praktykach. Dość powiedzieć, że na moje ogłoszenie o wynajmie
pokoju na piętnastu studentów którzy odpowiedzieli, dwunastu studiowało
architekturę. Jakie są konstytutywne cechy amsterdamskiej architektury?
W dalszej części będzie jednak bardziej o ogóle budownictwa, nie najnowszych
trendach.
1. Spójność,
czyli prawdziwy pluralizm. Kto wie czy nie jest to najistotniejsza cecha
architektury w ogóle. Dotknęło mnie to w Dubrowniku, gdzie każdy dom wzięty
osobno nie wyróżniał się in plus, ale ponieważ na sporym terenie wewnątrz murów
znajdowały się budowle tego samego stylu, wywoływało to stan, który można
nazwać przeżyciem estetycznym. Tu, w Amsterdamie, zdarza się wszak zobaczyć tu
i ówdzie budynek nijak nie pasujący do reszty, co świadczy o zaawansowanej
pysze architekta. Jenak jest to na tyle rzadkie że chciałoby się pstryknąć temu
fotkę, niczym wariatowi chodzącemu w piżamie po ulicy. Mogę podać przykład z
głowy: wschodnia strona Museumplein. Jest takich ekscesów niewiele, w
większości miejsc można zanurzyć się w dany styl bez przykrych doznań jak to
się dzieje w miastach poszatkowanych.
2. Solidność
materiałów. Choć akurat budynek na który mam widok z okna jest negatywnym
wyjątkiem, ale dzięki temu dostrzegłem jak materiał jest istotny. Nie chodzi tu
o trwałość budynku, bo tego nie widać tu i teraz, ale o walor estetyczny. A
więc w domkach naprzeciwko, front poddasza tradycyjnie zabudowany drewnem
został wyłożony jakimiś zielonymi plastikowymi panelami (jak się później
dowiedziałem to oblicówka winylowa). Nie wygląda to dobrze, a wcale nie jestem
uprzedzony do plastiku. Na przykład piję napoje z plastikowych butelek.
3. Surowość i
pragmatyzm, nawet skromność; ale złagodzone przez gezelligheid (Holendrzy
szczycą się tym iż to pojęcie jest nieprzetłumaczalne, ale powiedzmy że z
grubsza onacza przytulność). Wiele budynków tutaj można porównać pod pewnym
względem do nory hobbita – w pierwszym odczuciu chłodne i zdystansowane, ale
gdy popatrzeć dłużej, detale mówią: jest zupełnie odwrotnie. Okna mieszkań są
niekiedy bogatsze niż wystawy sklepowe i ta mnogość wytworów kultury
materialnej widziana zewsząd oswaja architekturę – na tym w pewnej mierze
polega gezelligheid. Choć dodaje się je też w całkiem nieoczekiwanych
konfiguracjach, jak: „pójdziemy na przytulną kawę?”. W nowszych budynkach
przeobraziło się to w styl designerski, to znaczy traktowanie budynków trochę
jakby były plakatem. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że streetart który bujnie
się zaznacza, jest tylko innym obliczem oswajania przestrzeni co domowy
gezelligheid; czyli że właściwie mogliby to robić ci sami ludzie, różnica tkwi
jedynie w temperamencie. Jakaś taka tkwi w powietrzu presja, że sam
zaprowadziłem gezelligheid na swoim parapecie, a mieszkam na parterze –
położyłem jako ozdobę stary łańcuch rowerowy i posadziłem w puszce czosnek z
Polski który zakiełkował.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz