czwartek, 28 czerwca 2012

Noord-Zuid Holland trip cz. II


Pierwsze co zobaczyłem w Hadze to zbiorowisko tysięcy Czarnoskórych na placu. Zapytałem siebie – Światowy kongres murzynów, czy co? W dodatku zbiło mnie z tropu że nieśli flagi Irlandii. Zaczepiłem jednego z nich, i wyciągnąwszy zmiętą ulotkę pokazał mi że pochodzą z ‘Côte d'Ivoire’; a protestują w obronie byłego przywódcy swojego kraju, Gbagbo, który jest sądzony w Hadze za... pewnie za zbrodnie wojenne, skoro w Hadze. Upewniłem się tylko: – Ale wy nie przyjechaliście wszyscy z Afryki? – i wskazałem na dziesiątki zaparkowanych autokarów i samochodów. Wyszło jednak że są to imigranci z Włoch, Niemiec i innych krajów Europy Zachodniej. A swoją drogą to już wiem że flaga Wybrzeża Kości Słoniowej ma te same barwy co irlandzka.
Haga zrobiła na mnie od początku pozytywne wrażenie, pierwsza architektura jaką ujrzałem to drapacze chmur; chude i zgrabne. Najnowsze z nich to trzy wieże Ministerstwa Spraw Wewnętrznych; każda jest w innym kolorze, co zawdzięczają różnym materiałom: cegle, granitowi i kamieniowi.
Dobrze wyglądają z każdej strony.


Choć w kwartale wysokościowców są też gorsze przykłady, jak ciemnoszary dworzec, albo postmodernistyczne kredki, zwane też tieten van Den Haag. Co gorsza, tam gnieździ się jakieś ministerstwo. Zaliczyłbym je do prądu, miejscami wpływowego, tzw. architektury zwymiotowanej. Podobnie jak hotel Inntel w Zaandam, ale tamten miał tę zaletę że był to pierwszy budynek na widok którego wziął mnie autentyczny rechot.
W Hadze, jeśli chodzi o historyczne budynki, widać mocniejsze wpływy francuskie niż w położonym bardziej na północ Amsterdamie. Na pewno wpływ na to miał też fakt że dynastia wywodzi się z Francji, a zawsze stacjonowali w Hadze. To może wyjaśnienie dlaczego kolorem Niderlandów jest pomarańcz, choć w tym kraju jedyne co pomarańczowe to pewnie owoce z importu. Właśnie dynastia Oranje pochodzi z księstwa z południowej Francji, które nazywało się la Principauté d'Orange. A sama nazwa wywodzi etymologię nie od koloru, ale od celtyckiego boga wody Arausia. Tak więc pomarańcz na proporcach, koszulkach i flagach Holendrów przeszła zawiłą drogę.

Pierwsze miejsce Zgromadzenia Narodowego, Binnenhof.
I jeszcze rzecz o historii: Holendrzy szeroko upamiętniają drugą wojnę światową i królową Wilhelminę. Natrafić można na sporo pomników ku czci bohaterów czy ofiar - czasem są to niestety ci sami ludzie; a Wilhelmina ma swoje fontanny, drzewa posadzone za jej panowania, place. Wojna przypadła na panowanie Wilhelminy, która ‘rządziła’ z emigracji w Londynie. Jest też symbolem oporu dzięki swoim przemówieniom w ciężkich chwilach narodu. Stąd hasła na jednym pomniku naprzeciw Noordeinde Palais w Hadze: „Ona była sama, lecz nie, bo miała naród. Naród był sam, lecz nie, bo miał ją”.

  Umówiony byłem z Mariną przed dworcem. W opisie na Couchu miała napisane coś w rodzaju „lubię mężczyzn, więc są bardziej niż mile widziani”. Pomyślałem sobie: dobra, zaryzykuję, najwyżej ją przystopuję. Okazało się jednak w porządku, choć oczywiście wcięty dekolt musiał być. Obeszliśmy miasto; tak przy okazji, to ona przetłumaczyła mi to hasło z pomnika. Potem w jej mieszkaniu pogadaliśmy o aborcji, nawet nie pamiętam skąd akurat ten temat; i choć broniła swojego –holenderskiego– stanowiska, to miałem wrażenie że pod koniec dyskusji zmiękła, zaczęła kluczyć. Dobrze, naszły ją może jakieś wątpliwości, mogę spokojnie zmienić temat.
W następny dzień udałem się do Scheveningen, to właściwie cały czas Haga, tyle że od strony wybrzeża. Zaraz na początku, jeszcze w centrum, ukazał się moim oczom niezwykły widok: orszak; barwny, konny, operukowany orszak królewski, zmierzał do pałacu mieszkalnego Monarchini. W karocy szyby były przyciemniane, jak przystało na pojazd dla dygnitarzy. Królowej tam nie było; orszak dopiero podążał do niej, by zapewnić transport do pałacu pracy Noordeinde (tak, Królowa też pracuje).

 W Scheveningen rzeczywiście jest tak jak słyszałem (od Wiolety). Na plażę idzie się pod górkę, i z pewnego miejsca widać jak na dłoni że ląd jest niżej niż poziom morza. Poszedłem szeroką plażą, człapiąc z rowerem, aby zanurzyć stopy w morskiej pianie. A gdy to zrobiłem, położyłem się na piasku, i patrzałem na morze, które stawało się coraz dalsze i bardziej blade. Zasnąłem. Gdy ocknąłem się, para jakieś dwadzieścia metrów ode mnie wpatrywała się we mnie, i właśnie mieli zamiar podejść i sprawdzić czy ze mną nie jest coś nie tak. Posłałem im spojrzenie wyjaśniające że wszystko ze mną tak, i ruszyłem do promenady. Znajdują się tam genialne pamperki, niektóre gigantyczne. Przedstawiają kilkadziesiąt scen z bajek, i to czasem drastyczne momenty. Poznałem kilka holenderskich bajek, jak lokalna „Śledziojad”, który był gigantem nachodzącym wioski i nie zważając na zdeptywanie chat i gospodarstw, wyjadał śledzie. Postać, wydaje się, groźniejsza niż Smok Wawelski. 


Ja, rower i morze. (no dobra, jeszcze dzieciaki)
 

















Wróciłem do centrum Hagi, nacieszyć się jeszcze pewnymi miejscami, np. spory inwentarz architektury secesyjnej. Pora kierować się do Mehdiego, goszczącego mnie Persa. Gdy byłem przed wejściem do domu, w drzwiach obok stała sąsiadka z miną mówiącą: nie dość że mieszkam obok Persa, to jeszcze gości sprowadza? Akurat robił grilla na tyłach, w ogródku. Zaproszonych Persów było pięciu, rzuciłem żartem że mamy tu mały Teheran. Dowiedziałem się co nieco o Iranie, żałując jednocześnie że nie jestem po lekturze Szachinszachu. Pod wieczór goście: Hiszpanka, Francuz i Persowie zaczęli się rozchodzić. Każdy z Persów, nie słysząc drugiego, powiedział do mnie „do zobaczenia”, lub „do zobaczenia później”. Zwłaszcza uderzyło mnie to usłyszane z ust Ahmida, który pojutrze wracał do Iranu. Na pewno się zobaczymy, natrafimy na siebie w dwunastomilionowym Teheranie. Naszło mnie jakieś podejrzenie że tu chodzi o życie pozagrobowe, mimo że oni mogą nie zdawać sobie sprawy z takiego nastawienia. Jeden przypis z Giaura: Alsyrat jest to most, tak wąski jak nitka pajęcza; na tym moście będą musieli przechodzić do raju; zamiast rzeki, ciągnie się u spodu przepaść piekielna. Persowie szczególnie boją się owego mostu.
Gdy zostałem sam z Mehdim, zapytałem go:
Is it true that people in Iran strongly dislike Alexander the Great?
Odpowiedział, nieco roztargniony:
Who? Ah, this war criminal. I don’t know, maybe.

Potem zaczęliśmy rozmawiać o tym jak Rosjanie starają się kontrolować pogodę i zachowanie chmur (znów nie pamiętam skąd akurat ten temat). Ponieważ Mehdi znał się na tym, ten kierunek to było jego wykształcenie, pokazał mi w warunkach domowych jak powstaje chmura. Używając do tego butelki z wodą i zapałek. Zaimponowało mi to; myślę że jestem w stanie to powtórzyć, więc mogę sprawić iż następne osoby stwierdzą że im to zaimponowało.
Gdy obudziłem się rano, Mahdi już siedział przy stole z czymś gorącym w kubku. Zapytał mnie:
– Tomas! Jak se mas?
– W porządku.
– Something wrong? Doesn’t sound like ‘dobze’.

 Wyszliśmy razem i po drodze pożegnaliśmy się. On, rzecz jasna, mówiąc: do zobaczenia. Mając w pamięci Chomeiniego, a potem Ahmadineżada, odrzekłem: do zobaczenia po następnej rewolucji! I wyruszyłem do Delft, miasta porcelany.



CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz