czwartek, 28 czerwca 2012

Noord-Zuid Holland trip cz. II


Pierwsze co zobaczyłem w Hadze to zbiorowisko tysięcy Czarnoskórych na placu. Zapytałem siebie – Światowy kongres murzynów, czy co? W dodatku zbiło mnie z tropu że nieśli flagi Irlandii. Zaczepiłem jednego z nich, i wyciągnąwszy zmiętą ulotkę pokazał mi że pochodzą z ‘Côte d'Ivoire’; a protestują w obronie byłego przywódcy swojego kraju, Gbagbo, który jest sądzony w Hadze za... pewnie za zbrodnie wojenne, skoro w Hadze. Upewniłem się tylko: – Ale wy nie przyjechaliście wszyscy z Afryki? – i wskazałem na dziesiątki zaparkowanych autokarów i samochodów. Wyszło jednak że są to imigranci z Włoch, Niemiec i innych krajów Europy Zachodniej. A swoją drogą to już wiem że flaga Wybrzeża Kości Słoniowej ma te same barwy co irlandzka.
Haga zrobiła na mnie od początku pozytywne wrażenie, pierwsza architektura jaką ujrzałem to drapacze chmur; chude i zgrabne. Najnowsze z nich to trzy wieże Ministerstwa Spraw Wewnętrznych; każda jest w innym kolorze, co zawdzięczają różnym materiałom: cegle, granitowi i kamieniowi.
Dobrze wyglądają z każdej strony.


Choć w kwartale wysokościowców są też gorsze przykłady, jak ciemnoszary dworzec, albo postmodernistyczne kredki, zwane też tieten van Den Haag. Co gorsza, tam gnieździ się jakieś ministerstwo. Zaliczyłbym je do prądu, miejscami wpływowego, tzw. architektury zwymiotowanej. Podobnie jak hotel Inntel w Zaandam, ale tamten miał tę zaletę że był to pierwszy budynek na widok którego wziął mnie autentyczny rechot.
W Hadze, jeśli chodzi o historyczne budynki, widać mocniejsze wpływy francuskie niż w położonym bardziej na północ Amsterdamie. Na pewno wpływ na to miał też fakt że dynastia wywodzi się z Francji, a zawsze stacjonowali w Hadze. To może wyjaśnienie dlaczego kolorem Niderlandów jest pomarańcz, choć w tym kraju jedyne co pomarańczowe to pewnie owoce z importu. Właśnie dynastia Oranje pochodzi z księstwa z południowej Francji, które nazywało się la Principauté d'Orange. A sama nazwa wywodzi etymologię nie od koloru, ale od celtyckiego boga wody Arausia. Tak więc pomarańcz na proporcach, koszulkach i flagach Holendrów przeszła zawiłą drogę.

Pierwsze miejsce Zgromadzenia Narodowego, Binnenhof.
I jeszcze rzecz o historii: Holendrzy szeroko upamiętniają drugą wojnę światową i królową Wilhelminę. Natrafić można na sporo pomników ku czci bohaterów czy ofiar - czasem są to niestety ci sami ludzie; a Wilhelmina ma swoje fontanny, drzewa posadzone za jej panowania, place. Wojna przypadła na panowanie Wilhelminy, która ‘rządziła’ z emigracji w Londynie. Jest też symbolem oporu dzięki swoim przemówieniom w ciężkich chwilach narodu. Stąd hasła na jednym pomniku naprzeciw Noordeinde Palais w Hadze: „Ona była sama, lecz nie, bo miała naród. Naród był sam, lecz nie, bo miał ją”.

  Umówiony byłem z Mariną przed dworcem. W opisie na Couchu miała napisane coś w rodzaju „lubię mężczyzn, więc są bardziej niż mile widziani”. Pomyślałem sobie: dobra, zaryzykuję, najwyżej ją przystopuję. Okazało się jednak w porządku, choć oczywiście wcięty dekolt musiał być. Obeszliśmy miasto; tak przy okazji, to ona przetłumaczyła mi to hasło z pomnika. Potem w jej mieszkaniu pogadaliśmy o aborcji, nawet nie pamiętam skąd akurat ten temat; i choć broniła swojego –holenderskiego– stanowiska, to miałem wrażenie że pod koniec dyskusji zmiękła, zaczęła kluczyć. Dobrze, naszły ją może jakieś wątpliwości, mogę spokojnie zmienić temat.
W następny dzień udałem się do Scheveningen, to właściwie cały czas Haga, tyle że od strony wybrzeża. Zaraz na początku, jeszcze w centrum, ukazał się moim oczom niezwykły widok: orszak; barwny, konny, operukowany orszak królewski, zmierzał do pałacu mieszkalnego Monarchini. W karocy szyby były przyciemniane, jak przystało na pojazd dla dygnitarzy. Królowej tam nie było; orszak dopiero podążał do niej, by zapewnić transport do pałacu pracy Noordeinde (tak, Królowa też pracuje).

 W Scheveningen rzeczywiście jest tak jak słyszałem (od Wiolety). Na plażę idzie się pod górkę, i z pewnego miejsca widać jak na dłoni że ląd jest niżej niż poziom morza. Poszedłem szeroką plażą, człapiąc z rowerem, aby zanurzyć stopy w morskiej pianie. A gdy to zrobiłem, położyłem się na piasku, i patrzałem na morze, które stawało się coraz dalsze i bardziej blade. Zasnąłem. Gdy ocknąłem się, para jakieś dwadzieścia metrów ode mnie wpatrywała się we mnie, i właśnie mieli zamiar podejść i sprawdzić czy ze mną nie jest coś nie tak. Posłałem im spojrzenie wyjaśniające że wszystko ze mną tak, i ruszyłem do promenady. Znajdują się tam genialne pamperki, niektóre gigantyczne. Przedstawiają kilkadziesiąt scen z bajek, i to czasem drastyczne momenty. Poznałem kilka holenderskich bajek, jak lokalna „Śledziojad”, który był gigantem nachodzącym wioski i nie zważając na zdeptywanie chat i gospodarstw, wyjadał śledzie. Postać, wydaje się, groźniejsza niż Smok Wawelski. 


Ja, rower i morze. (no dobra, jeszcze dzieciaki)
 

















Wróciłem do centrum Hagi, nacieszyć się jeszcze pewnymi miejscami, np. spory inwentarz architektury secesyjnej. Pora kierować się do Mehdiego, goszczącego mnie Persa. Gdy byłem przed wejściem do domu, w drzwiach obok stała sąsiadka z miną mówiącą: nie dość że mieszkam obok Persa, to jeszcze gości sprowadza? Akurat robił grilla na tyłach, w ogródku. Zaproszonych Persów było pięciu, rzuciłem żartem że mamy tu mały Teheran. Dowiedziałem się co nieco o Iranie, żałując jednocześnie że nie jestem po lekturze Szachinszachu. Pod wieczór goście: Hiszpanka, Francuz i Persowie zaczęli się rozchodzić. Każdy z Persów, nie słysząc drugiego, powiedział do mnie „do zobaczenia”, lub „do zobaczenia później”. Zwłaszcza uderzyło mnie to usłyszane z ust Ahmida, który pojutrze wracał do Iranu. Na pewno się zobaczymy, natrafimy na siebie w dwunastomilionowym Teheranie. Naszło mnie jakieś podejrzenie że tu chodzi o życie pozagrobowe, mimo że oni mogą nie zdawać sobie sprawy z takiego nastawienia. Jeden przypis z Giaura: Alsyrat jest to most, tak wąski jak nitka pajęcza; na tym moście będą musieli przechodzić do raju; zamiast rzeki, ciągnie się u spodu przepaść piekielna. Persowie szczególnie boją się owego mostu.
Gdy zostałem sam z Mehdim, zapytałem go:
Is it true that people in Iran strongly dislike Alexander the Great?
Odpowiedział, nieco roztargniony:
Who? Ah, this war criminal. I don’t know, maybe.

Potem zaczęliśmy rozmawiać o tym jak Rosjanie starają się kontrolować pogodę i zachowanie chmur (znów nie pamiętam skąd akurat ten temat). Ponieważ Mehdi znał się na tym, ten kierunek to było jego wykształcenie, pokazał mi w warunkach domowych jak powstaje chmura. Używając do tego butelki z wodą i zapałek. Zaimponowało mi to; myślę że jestem w stanie to powtórzyć, więc mogę sprawić iż następne osoby stwierdzą że im to zaimponowało.
Gdy obudziłem się rano, Mahdi już siedział przy stole z czymś gorącym w kubku. Zapytał mnie:
– Tomas! Jak se mas?
– W porządku.
– Something wrong? Doesn’t sound like ‘dobze’.

 Wyszliśmy razem i po drodze pożegnaliśmy się. On, rzecz jasna, mówiąc: do zobaczenia. Mając w pamięci Chomeiniego, a potem Ahmadineżada, odrzekłem: do zobaczenia po następnej rewolucji! I wyruszyłem do Delft, miasta porcelany.



CDN.

wtorek, 26 czerwca 2012

Noord-Zuid Holland trip cz. I



To miała być wyprawa po nowe, więc już w Amsterdamie unikałem dobrze znanych miejsc. Lecz wkrótce zniknęła taka potrzeba. Do Alphen aan den Rijn wiodła trasa nieodbyta jeszcze przeze mnie. Zaskoczyło mnie jak daleko pętlę ma metro, na przedmieściach przedmieść. Ostatnie reminescencje Amsterdamu zniknęły. Z uśmiechem przywitałem tablicę „Zuid Holland, Welkom”, jakby to było skierowane osobiście do mnie.
 Alphen aan den Rijn było dla mnie głównie miejscem do posiedzenia i posilenia się. Na głównym placu rozsypany był piach jako plaża, co było głupie. Bawiły się tam dzieci jakby nie zdawały sobie sprawy że to głupie. Jeden stary kościół w centrum, porozrzucane stare domki, a reszta post- i modernistyczne wypełnienie. Narodziła się we mnie hipoteza że o to miasteczko toczyły się walki pancerne, tak przeważnie wyglądają takie miejsca: kościół, ratusz itp. się odbudowuje, co niektóre domki ocalają, a reszta to modernizm jak komu leży; prostokąty, trójkąty, kwadraty. Później doczytałem że inna nawałnica przeszła nad tą spokojną miejscowością – plan władz miejscowych wyburzenia i przekształcenia centrum w nowoczesny punkt. Marna próba, po raz kolejny udowodniona słabość pewnego stylu.
 Więc czas ruszać do Lejdy. Wjazd do miasta jest przez pysznej urody bramę, i to akuratna zapowiedź tego co za nią. Stoję z rozdziawioną gębą rozglądając się na te domy, kanały tak podobne, a tak różne od amsterdamskich; w końcu proszę młodzieńca spieszącego z jakimś zawiniątkiem żeby mi zrobił zdjęcie. Po tym jak to uczynił, widać było że chce się o mnie dowiedzieć więcej. Mnie nie trzeba namawiać na rozmowę, a już zwłaszcza gdy cały dzień nie mówiłem nic; rozmyślałem za to. I zaczęliśmy dyskusję. Potem zaprowadził mnie w jedno urokliwe cieniem miejsce w którym zacząłem obejście Leidse Loper, trasy miejskiej. Przy podawaniu mi ręki, zobaczyłem że zawiniątko jego to Bijbel, a więc musiał wracać ze spotkania gminy. Właściwie to wyglądał na takiego wypełnionego mocą i przekonaniem.



Hooglandse Kerk z kolumnami przypominającymi pochodnie z płomieniem wygląda majestatycznie. Później trasa przywiodła mnie do Burcht, zamku-fortecy. Został zbudowany w XI wieku, a już w XIII był uważany za mało przydatny do obrony, co skończyło się na zamienieniu go w park w XVII w. I bardzo dobrze, kto wie czy przetrwałby w innym wypadku. Jest to niesamowite miejsce, przypomina kocioł na kopcu. Można obejść mury i widzieć każdą stronę miasta.                                                                       Na tabliczkach poprzyczepianych tu i ówdzie tekst angielski na którym się skupiałem zajmował jedną trzecią lub jedną czwartą tego co wersja holenderska. Na moje zwrócenie na to uwagi, holenderski spacerowicz stwierdził że całe byłoby nudne dla przybyszy z zagranicy. Cóż, wierzę na słowo.

Hooglandse Kerk, widok z de Burcht.





Lejda z de Burcht.











 Miasto tchnie poetyckością, i nie jest to przenośnią. Na budynkach wypisane są wiersze, co jest trafionym sposobem przekazu wierszy; gdy czyta się wiersz ze ściany kamienicy podczas deszczu, pewnie mogą człowieka przejść dreszcze. Jest kilka wierszy po polsku, w tym Różewicza, na którego zobaczeniu zależało mi, bo wcześniej na zdjęciu spostrzegłem że jest tam literówka. Co czyniło ten przykład szczególnym, jak błąd na banknocie. Niestety, zamalowane i poprawione.

Sonet XXX Shakespeare'a
Nie wiem czy podoba mi się treść tego wiersza, ale forma tak.
Oto i Różewicz.
 
W ten dzień odbywał się mecz Holandia-Portugalia. Spacerując ulicami, wiedziałem o każdej niewykorzystanej akcji (okrzyk: „aaaah!”), o golu („jeeee!” lub „uuuaaa!” zależnie kto strzelał). Po meczu widziałem ludzi wiwatujących flagami, wołającymi „Holland!”, jakże byłem zdziwiony gdy dowiedziałem się później że przegrali. Widać Holender nie przepuści okazji by pochodzić z wielką flagą i pokrzyczeć, nawet jeśli ta okazja to dostanie w dupę w meczu.
Umówiłem się z Sinibaldo, że poczekam na jego współlokatorkę która mnie wpuści (CSurf). Miałem trochę czasu by posiedzieć w parku po zmroku. Tam zobaczyłem nietoperze wywijające okręgi między drzewami. Zacząłem się niepokoić czy muzyka jaką puszczam z komórki nie rozstraja ich lotu. No co, nie siedziałem nigdy wcześniej między stadem nadlatujących i odlatujących gacków. Ale nie, ich lot był precyzyjny, obojętnie od dźwięków otoczenia. Myślałem że może je słychać gdy echolokują, ale w końcu ultradźwięki to ultra.
Drzwi otworzyła mi Marthe, na swój urokliwy sposób brzydka Holenderka. Jest człowiekiem typu: no to róbmy herbatę, siadaj, i mów. Polecała mi książkę Johna Cleese’a cośtam o życiu, ale chyba psychologiczne porady nie są dla mnie. Ona sama skończyła psychologię, należała do frakcji spirytualistycznej – czyli na ścianach widać było tkaniny hinduskie z groteskowymi figurami, jak Słonioczłowiek o grubych brwiach trzymający myszy w chomącie; poza tym wierzyła w kontakt międzyludzki na poziomie ducha. Przyszła jeszcze później Hiszpanka Pepa, z Walencji, czująca się Katalonką. Tak mi się skojarzyło z nietoperzami, więc zapytałem dlaczego w herbie Walencji jest nietoperz. Pepa widocznie przyjmowała to od zawsze za naturalne, gdyż odpowiedziała że nie wie.

Marthe, Angie (o której jeszcze będzie mowa) i ja
Sinibaldo zasnął na kolacji na której był w odwiedzinach, więc spotkałem się z nim dopiero rano. Rozmawiałem z nim całkowicie poważnie, ale w duchu przyprawiało mnie to o śmiech: jego słowa, gesty. Czasem jest tak, że spotyka się kogoś kto jakby wyszedł z książki; nadawał się na postać literacką. Na pewno był wrażliwy, był humanistą. Ale będąc jakby zawsze o dwie sekundy opóźnionym, co nadawało mu pewnego komizmu. Poszliśmy razem na miasto, spotykając jeszcze jego przyjaciela, Luigiego, który okazał się w jednej czwartej Polakiem, czyli mam z nim jedną ósmą wspólnej narodowości.
Sinibaldo westchnął że musi iść po południu do biblioteki pisać magisterkę. Zapytałem:
– Why do you write your thesis  in the library? Do you feel peace of mind and peace of heart there?
– No.
– Is it because you find inspiration?
– No, there is a desk, I don’t have it in my room.
 Poszliśmy na dziedziniec, posiedzieć. 
Zapytałem ich, jako że mieszkają w Holandii już trochę, co sądzą o holenderskich kobietach. Sinibaldo wyjawił że gustuje w orientalnej urodzie, czyli wszystkim nieeuropejskim. Wiedziałem że studiuje między innymi turkologię, więc rzekłem, jakby go nakrywając: „aha, więc będziesz z Turczynką!”. Na to on, z przekąsem, sam nie rozumiejąc pewnie swoich uczuć, stwierdził że wydawałaby mu się zbyt mało egzotyczna. Głos zabrał Luigi i stwierdził – Dutch woman are amazing. I tu właśnie się z nim zgodziłem, ujawniając moje przekonanie że ogólny poziom jest wysoki, a już niektóre są piękne jak elfy albo anioły, po prostu nie da się iść spokojnie ulicą. Luigi dodał jeszcze że zauważył they are not interested in foreigners. Pomyślałem: stary, może to ty im się tylko nie podobasz. Powiedziałem natomiast: nie ta fryzura; długie włosy i dredy? Żel powinien być.
Zaśmiał się; ja też się zaśmiałem, chociaż nie wiem czemu.
I nadszedł czas pożegnania, a mnie już niosło do Hagi.

CDN. ;)

niedziela, 24 czerwca 2012

Morskość.


Wyprawy dalekomorskie obecne przez spory czas w życiu narodu holenderskiego w przedziwny sposób utrwaliły się w samym rdzeniu kultury tych ludzi. Chodzi np. o obyczaje. Podczas rozmowy, gdy Holender chce się upewnić że załatwił z tobą sprawę pyta dziarskim i wznoszącym głosem „joooo?”. Jest to donośne, mimo iż stoi się blisko. Momentalnie skojarzyło mi się to z okrzykami jakie wznosili marynarze przy szumie fal, gdy coś było robione ze statkiem. Holenderskie powitanie to „Hoi!” – też pachnie słoną wodą.
Mężczyźni powszechnie używają mnóstwa żelu, a fryzura jest tak pomyślana by przydługawe włosy sprawiały wrażenie zaniedbanych, mokrych a niedosuszonych. Dokładnie tak wyglądają włosy po kontakcie z morską wodą. Przypuszczam że było to tak: przez wieki mężczyźni pływający za morze byli postrzegani jako ci odważni, mówi się np. o wilkach morskich. Przez to mieli większe powodzenie. Te cechy właśnie utrwaliły się. Chociaż zdaję sobie sprawę że wymagałoby to szerzej zakrojonych badań, ale było nie było, blog ten nazywa się impresje.
W moim odbiorze to rzeczywiście działa. Gdy ostatnio miałem na głowie żel po eksperymencie EEG (który w zasadzie wygląda jak żel kosmetyczny) i wracałem do domu, miałem wrażenie że młode Holenderki patrzą na mnie o kilka sekund dłużej niż zwykle oczekuje się od kontaktu wzrokowego między ludźmi na ulicy.
Nie jest tajemnicą że surowe śledzie, holenderski przysmak serwowany na ulicy, były również podstawą diety marynarzy.

Przeto naród być może osiadł, etos marynarski zanikł, ale historia i obecne zachowania pasują do siebie.
 

czwartek, 14 czerwca 2012

Na ławce.



Uwielbiam to; gdy siedziałem w parku i obserwowałem parę składającą się z pijanego w sztos kloszarda na wózku oraz czubka kłócącego się głośno z samym sobą, zobaczyłem że wstali w końcu, troskliwie pozbierali puszki, butelki i siatki, i wyrzucili je do kosza na śmieci.

piątek, 8 czerwca 2012

Lampo-słońce.


W Holandii nie chadza się na solarium; nie są popularne i w całym ponadmilionowym mieście widziałem jedno. Dlaczego tak? Sądzę że kobiety o białej karnacji obawiałyby się stracić pewną dystynkcję. Ta nisza jaką jest śniada karnacja, jest zajmowana rozlegle przez Arabki, Marokanki, Karaibki. Biała kobieta ze sztuczną opalenizną zawsze będzie wyglądać godnie pożałowania przy np. Latynoamerykance. Zatem w spluralizowanym krajobrazie kobiecej cery solarium się nie opłaca. W Polsce, gdzie miażdżąca większość ludności jest biało-blada, dziewki szukające taniego chwytu na wyróżnienie się mogą iść na solarium. I tłumnie się do tego garną; uderzyło mnie to przy wizycie po trzech miesiącach emigracji. W dodatku nosi to jakiś podtekst świeżego powrotu z zagranicy, z ciepłych krajów – a jak wiadomo niektórzy po to głównie fatygują się za morze. Jakkolwiek, nigdy nie mogę pozbyć się myśli patrząc na taką jedną czy drugą damę, że wszechobecne promocje typu ‘5 minut + 3 za darmo’ nie służą im.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Wieczór.


Cholera, Amsterdam to jedno z niewielu miejsc na świecie gdzie samotny facet idący ulicą jest częściej zaczepiany i zagadywany niż samotna kobieta. No bo tak: wyszedłem wieczorem na miasto żeby coś załatwić. Najpierw przypałętał się Serb-homoseksualista i starał się mnie poznać bliżej. Na moje pytanie (a nie domyśliłem się jeszcze kto on jest) czego chce, odpowiedział że, no jak to, tu jest Holandia, tu tak się robi. I wyciągnął dłoń do uściśnięcia (a wtedy go raczej za takiego co kradnie sądziłem), nie uścisnąłem jej. Pogadał, pogadał, poudawał że umie po polsku, ale natrafiając na ścianę milczenia mojego, odszedł. Dalej przeszedłem przez Dzielnicę Czerwonych Latarni. Tam zagadują wszyscy i wszystkie, a te ostatnie starają się zwrócić uwagę stukaniem i prężeniem się, założyłyby raczej coś na siebie. Oczywiście samotnej, zbłąkanej dziewce nikt nie okazałby atencji.
Tam gdzie muzeum konopii kończy się Dzielnica, i mnie się tam dojść udało. Przechodząc jednym mostkiem, nie powiem którym bo taka ilość ich jest, zobaczyłem wlepkę na poręczy, lub jak się to dawniej mówiło naklejkę. I że takie rzeczy są dla mnie jak nieodkryte życie miasta, schyliłem się i przekręciłem do góry głowę. Obok mnie przechodził czarny młodzieniec, taki w typie ‘swojego nigga’, musiał pomyśleć że mam wizję, w tym mieście ludzie sporadycznie miewają wizje. Czując że to dla mnie ważna chwila, ale jednocześnie chcąc to jakoś współdzielić, odezwał się do mnie i zapytał. Odpowiedziałem, nie nie mam towaru. On na to, z zaangażowaniem z jakim zawsze wyjaśnia się nieporozumienia, że nie czy mam, a czy chcę. Powiedzieć czegoś innego niż prawda nie mogłem, a nie chciałem go też zawieść i wyjawić że ja jedynie poręcze mostku oglądam. Powiedziałem ze znaczącym uśmieszkiem, że więcej nie potrzebuję. On z jeszcze bardziej znaczącym uśmiechem pożegnał się ze mną. A ja potem zacząłem rozważać czy uśmiechanie się znacząco w chwili gdy ten uśmiech nic nie znaczy nie jest jednak skłamaniem. 

W powrotnej drodze na Keizersgracht zaczepił mnie jeszcze cieć jeden z pytaniem czy nie skorzystałbym z jego towaru, a to co ma to ecstasy i lsd. Patrząc na tę zabiedzoną mordę pokrytą chrostami naszła mnie myśl że z marketingowego punktu widzenia nie zachęca to. Odpowiedziałem grzecznie, że nie, dziękuję, i ruszyłem do domu, gdzie nikt mnie leżącego na łóżku nie zagada.

piątek, 1 czerwca 2012

Architektura


Holenderska architektura budzi podziw w kręgach profesjonalistów na świecie. O tym, że Holandia dla architektów jest tym czym Krzemowa Dolina dla informatyków, może świadczyć wielka ilość studentów architektury z innych krajów przebywających tu na wymianie lub praktykach. Dość powiedzieć, że na moje ogłoszenie o wynajmie pokoju na piętnastu studentów którzy odpowiedzieli, dwunastu studiowało architekturę. Jakie są konstytutywne cechy amsterdamskiej architektury? W dalszej części będzie jednak bardziej o ogóle budownictwa, nie najnowszych trendach.
1. Spójność, czyli prawdziwy pluralizm. Kto wie czy nie jest to najistotniejsza cecha architektury w ogóle. Dotknęło mnie to w Dubrowniku, gdzie każdy dom wzięty osobno nie wyróżniał się in plus, ale ponieważ na sporym terenie wewnątrz murów znajdowały się budowle tego samego stylu, wywoływało to stan, który można nazwać przeżyciem estetycznym. Tu, w Amsterdamie, zdarza się wszak zobaczyć tu i ówdzie budynek nijak nie pasujący do reszty, co świadczy o zaawansowanej pysze architekta. Jenak jest to na tyle rzadkie że chciałoby się pstryknąć temu fotkę, niczym wariatowi chodzącemu w piżamie po ulicy. Mogę podać przykład z głowy: wschodnia strona Museumplein. Jest takich ekscesów niewiele, w większości miejsc można zanurzyć się w dany styl bez przykrych doznań jak to się dzieje w miastach poszatkowanych.
2. Solidność materiałów. Choć akurat budynek na który mam widok z okna jest negatywnym wyjątkiem, ale dzięki temu dostrzegłem jak materiał jest istotny. Nie chodzi tu o trwałość budynku, bo tego nie widać tu i teraz, ale o walor estetyczny. A więc w domkach naprzeciwko, front poddasza tradycyjnie zabudowany drewnem został wyłożony jakimiś zielonymi plastikowymi panelami (jak się później dowiedziałem to oblicówka winylowa). Nie wygląda to dobrze, a wcale nie jestem uprzedzony do plastiku. Na przykład piję napoje z plastikowych butelek.
3. Surowość i pragmatyzm, nawet skromność; ale złagodzone przez gezelligheid (Holendrzy szczycą się tym iż to pojęcie jest nieprzetłumaczalne, ale powiedzmy że z grubsza onacza przytulność). Wiele budynków tutaj można porównać pod pewnym względem do nory hobbita – w pierwszym odczuciu chłodne i zdystansowane, ale gdy popatrzeć dłużej, detale mówią: jest zupełnie odwrotnie. Okna mieszkań są niekiedy bogatsze niż wystawy sklepowe i ta mnogość wytworów kultury materialnej widziana zewsząd oswaja architekturę – na tym w pewnej mierze polega gezelligheid. Choć dodaje się je też w całkiem nieoczekiwanych konfiguracjach, jak: „pójdziemy na przytulną kawę?”. W nowszych budynkach przeobraziło się to w styl designerski, to znaczy traktowanie budynków trochę jakby były plakatem. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że streetart który bujnie się zaznacza, jest tylko innym obliczem oswajania przestrzeni co domowy gezelligheid; czyli że właściwie mogliby to robić ci sami ludzie, różnica tkwi jedynie w temperamencie. Jakaś taka tkwi w powietrzu presja, że sam zaprowadziłem gezelligheid na swoim parapecie, a mieszkam na parterze – położyłem jako ozdobę stary łańcuch rowerowy i posadziłem w puszce czosnek z Polski który zakiełkował.