sobota, 11 lutego 2012

Wygląd

Holendrzy są ładni – są nordykami, ale bez chorobliwie różowych twarzy aryjczyków (chodzi mi o taki typ „helmuta”, znany np. z plakatów Nivei z lat 30., facjata Goringa byłaby dobrym przykładem). Rysy twarzy są wyraźne, sylwetka szczupła i wysoka. W odległych od siebie miejscach widuje się podobne elementy twarzy, jak gdyby naród składał się z kilku dużych rodzin, których członkowie noszą inne nazwiska i nie znają się; jak dziewczyna i jej kuzyn chodzący ze sobą na randki, nie wiedząc że są spokrewnieni. To jest typ, który można uważać za holenderski. Gdybym chciał być obrazowy, powiedziałbym, że ten rodzaj urody kojarzy się nieco z  Królikiem z Kubusia Puchatka. Druga połowa białych wygląda jak Polacy – pewnie jakaś część rzeczywiście jest. No i jeszcze kolorowi (jakby biały nie był kolorem), których jednak dziwnie nazywać Holendrami. O ile Amerykaninem można nazwać każdego, niezależnie jak wygląda, to Murzyn mieszkający w Holandii jest Murzynem mieszkającym w Holandii, rozwiązaniem kompromisowym jest „X to Holender takiego a takiego pochodzenia”. Wynika to z tego, że Holendrzy to mimo wszystko oddzielny naród, nie tygiel narodów. Nie znaczy to, że kolorowi są gorsi, to kwestia taksonomii; podobnie jak charta mieszkającego w kojcu z owczarkami nie zaczniemy nazywać owczarkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz