środa, 29 lutego 2012

Polonia.

Polacy mieszkający na stałe w Holandii, a być może ogólnie na Zachodzie, są strasznymi mitomanami. Gdy zaczyna taki opowiadać, potakujesz nie chcąc go urazić, ale widzisz jak na dłoni że to banialuki. Dam przykład, taki który akurat mnie rozbawił. Krzysztof, właściciel mieszkania, zapragnął wynająć drugi pokój, poprosił mnie więc o znalezienie kogoś przez ogłoszenie. Ale zaznaczył przy okazji, że nie ma to być Murzyn, wyróżniałby się w okolicy. No dobrze, przytaknąłem – ale gdy wróciłem do pokoju, przetarłem dłonią po twarzy: w mieście, w którym codziennie spotyka się sto sześćdziesiąt nacji, gdzie ulica wydaje się istnym pokazem różności, Murzyn będzie się wyróżniać. Z drugiej strony, łatwiej powiedzieć Murzyn nie, bo >tu wstaw quasi-racjonalny powód<, niż Murzyn nie, bo nie lubię Murzynów. Na tym polega mitomania żyjących tu Polaków. Prowizoryczna rozsądkowość, naprędce wzniesiony światopogląd, uśpione dysonanse poznawcze. Sądzę że nie jest trudno doszukać się źródła takiego stanu rzeczy. Zdecydowana większość prac wykonywanych tu przez Polaków, to profesje nie przynoszące żadnej chwały – sprzątanie, przenoszenie kartonów, itp. Zarabiają wprawdzie za to tyle, ile w Polsce zamożna klasa średnia, białe kołnierzyki, ale potrzebą człowieka jest odczuwanie szacunku, czy poczucie jakiegoś prestiżu, którego nie da się wyrazić w liczbach. Lekarz w Kongu zawsze będzie miał pod tym względem lepiej niż sprzątacz na holenderskim dworcu – choćby nawet ten drugi zarabiał dziesięć razy więcej w bezwzględnie wyrażonych kwotach. Dlatego Polacy na stałej emigracji, po wielu kompromisach z własną godnością, przyzwyczajeni do uginania karku, muszą sobie to zrekompensować, choćby w wyobraźni, przed samym sobą, inaczej zwariowaliby chyba. Każdy z nich przed wyjazdem też miał marzenia, pewność siebie, nikt nie był przyuczany od małego do mentalności niewolnika „muszę służyć, bo taki jest porządek świata”.

piątek, 24 lutego 2012

Siodełko.

Chcesz wyglądać na rowerze jak Holender? Opuść za nisko siodełko. Choć to może kwestia tego, że są tacy wysocy; gdzieś wyczytałem, że statystycznie to najwyższy naród świata. Większość mężczyzn jest wyższa ode mnie, odwrotnie niż w Polsce.

wtorek, 21 lutego 2012

Czerwone witryny.

Gdy całkowicie z zaskoczenia, jadąc rowerem, ujrzałem podświetlone na czerwono szyby za którymi stały półnagie prostytutki, zjechałem na przeciwny pas  o mały włos nie wjeżdżając w jednego pana na rowerze. W sumie, z jego punktu widzenia to musiało wyglądać całkiem anegdotycznie. Gdyż owszem, wiedziałem że prostytutki tam są, zachwalają się, ale wyobrażałem sobie jako takie dyskretne, za firankami. Tymczasem jest to nierząd pełną gębą, bezpośredniość, pornograficzna dokładność. Jeżeli ktoś ma się wstydzić, to może przechodzień, bo na pewno nie one.
     Jeden Holender tłumaczył mi, że ich państwo jest socjalne i opiekuńcze, lecz mimo to liberalne – i zaraz za tym wymieniał oczywiste przykłady. Jednakowoż ten liberalizm to wyraz tego samego dążenia co obowiązek meldunku, wypełnianie kartotek, numery przypisane ludziom. Po prostu w państwie socjalnym jest nie do pomyślenia, żeby kobieta, choćby prostytutka, nie miała ubezpieczenia, nie płaciła składek i podatków. Nie należy sobie tego wyobrażać jako tezy i antytezy – socjalności i liberalizmu; to oblicza zgoła tego samego podejścia.

niedziela, 19 lutego 2012

Woda.


W Holandii woda z kranu smakuje lepiej niż polska mineralna. Jeżeli za kryterium dobrej wody przyjąć brak jakiegokolwiek aromatu.

czwartek, 16 lutego 2012

Skutery.


Denerwują mnie skutery sunące po ścieżkach rowerowych. Głównie dlatego, że po przejechaniu takiego pierdzącego stołka śmierdzi bardziej niż gdyby to był dwutonowy samochód terenowy. Jestem prawie pewien, że robią to dla satysfakcji związanej z wyprzedzaniem rowerzystów – bo człowiek jest jakoś tak zbudowany, że nie wiedzieć czemu, każde wyprzedzanie daje mu przyjemność. Dlatego, mając doświadczenie z kilku gier komputerowych, zajeżdżam im drogę, aż przeniosą się na szosę, do samochodów. (Chociaż w powiedzeniu, że to jednostka zmienia świat zapewne nie o to chodziło).

wtorek, 14 lutego 2012

Sól.


Holenderska zapobiegliwość. Gdy w lekko pochmurną, dość ciepłą zimową pogodę, spostrzegłem solarki rozsypujące dość solidną porcję soli po ścieżkach rowerowych, natychmiast pomyślałem: co za głupki, mają widocznie za dużo kasy, nikt się raczej nie poślizgnie na asfalcie. Gdyż, w istocie, nie było śniegu ani lodu w ogóle, normalny asfalt. Ale po dwóch godzinach zaskoczenie – dla mnie, dla nich wcale. Śnieg zaczął obficie padać, tak że patrząc do przodu ledwo było coś widać. Lecz ścieżki pozostały przejezdne.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Market.


Po wejściu wieczorem do jednego ze supermarketów oniemiałem – pracowało tam na zmianie tylko trzech chłopaków i każdy z nich miał 15-16 lat, a wyglądali na jeszcze mniej. Jeden siedział na kasie, drugi zmywał podłogę tuż obok tej kasy, trzeci tylko sobie przystanął. Gadali do siebie głośno i w ogóle zachowywali się jak typowe nadpobudliwe nastolatki. Odwiedził ich jeszcze jakiś wspólny kolega. Zapytałem jednego z nich, blondyna, czy jest to po co przyszedłem, śrubki do roweru. Chłopak bardzo wczuł się w rolę, zrobił minę jakby otrzymał pytanie w teleturnieju i po okrzykach do swoich kolegów, dowiedziałem się że śrubek nie mają. Prawdę mówiąc, obawiałbym się powierzyć duży market pod ich odpowiedzialność. Ale tak już jest gdy brakuje rąk do pracy, dokładniej rąk do pracy z głową mówiącą po holendersku.

niedziela, 12 lutego 2012

Dzieci.


Holenderskim dzieciom brakuje górek i zjeżdżania na sankach. Gdy spada śnieg, rzucają śnieżkami z podwójną zaciętością, nie tylko w siebie, ale też w jadące samochody, próbując wyładować nadmiar energii. W Polsce byłoby to nie do pomyślenia. Wiem, bo jak pewnego razu próbowaliśmy rzucać śnieżkami w auta, to pierwsze z nich się zatrzymało i kierowca, krzycząc wiadome wyrazy, usiłował nas złapać. Tutaj zaś cierpliwie to znoszą. Z drugiej strony na kanałach jest cała masa łyżwiarzy, ale tym jakoś zajmują się głównie dorośli. Dzieciom widocznie to wydaje się zbyt trudne i nudne.

sobota, 11 lutego 2012

Wygląd

Holendrzy są ładni – są nordykami, ale bez chorobliwie różowych twarzy aryjczyków (chodzi mi o taki typ „helmuta”, znany np. z plakatów Nivei z lat 30., facjata Goringa byłaby dobrym przykładem). Rysy twarzy są wyraźne, sylwetka szczupła i wysoka. W odległych od siebie miejscach widuje się podobne elementy twarzy, jak gdyby naród składał się z kilku dużych rodzin, których członkowie noszą inne nazwiska i nie znają się; jak dziewczyna i jej kuzyn chodzący ze sobą na randki, nie wiedząc że są spokrewnieni. To jest typ, który można uważać za holenderski. Gdybym chciał być obrazowy, powiedziałbym, że ten rodzaj urody kojarzy się nieco z  Królikiem z Kubusia Puchatka. Druga połowa białych wygląda jak Polacy – pewnie jakaś część rzeczywiście jest. No i jeszcze kolorowi (jakby biały nie był kolorem), których jednak dziwnie nazywać Holendrami. O ile Amerykaninem można nazwać każdego, niezależnie jak wygląda, to Murzyn mieszkający w Holandii jest Murzynem mieszkającym w Holandii, rozwiązaniem kompromisowym jest „X to Holender takiego a takiego pochodzenia”. Wynika to z tego, że Holendrzy to mimo wszystko oddzielny naród, nie tygiel narodów. Nie znaczy to, że kolorowi są gorsi, to kwestia taksonomii; podobnie jak charta mieszkającego w kojcu z owczarkami nie zaczniemy nazywać owczarkiem.

piątek, 10 lutego 2012

Opis relacji.


Jeżeli to co będzie tu napisane wyda się czasem dotykające jedynie powierzchni, to taka jest natura impresji – nierozdzielony rozumowo zlepek spostrzeżeń i skojarzeń. Gdy podejmuje się wysiłek, by je usystematyzować, rozszerzyć, przestają być impresjami. Na przykład moim wrażeniem było, że mniej więcej co trzecia osoba mijana na ulicy to nie-Holender. Tymczasem z danych, które poznałem później wynika że tych nie-Holendrów mieszka w Amsterdamie 45%, co jest jednak dostrzegalną różnicą. Nie obala to mojego wcześniejszego wrażenia, które pozostaje autonomiczne i może podzielać je wiele osób. Za Holendrów bierze się choćby innych północnych Europejczyków: Niemców (jeden mój profesor jest Niemcem), Polaków, Skandynawów itd. Liczba 45% oddaje stan faktyczny statystyki, natomiast „co trzeci” oddaje wrażenie jakiego można doznać idąc tu ulicą. Nie jest więc tak, by impresje były tylko przyczynkiem do analizy, jej potoczną wersją. Mają również samoistną wartość.
Codziennie będę dodawać nową notkę, przynajmniej na początku. Później nieco rzadziej.

A na razie, oprócz tego opisu dalszych notek, nastrojowa piosenka holenderska. Może aż za bardzo nastrojowa.

http://www.youtube.com/watch?v=C8Ff5OEUzd8&feature=related