poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Nord-Zuid Holland trip cz.V


Do Lejdy, do Sinibalda i Marthy, dojechałem mokry do ostatniej nitki płaszcza, spodni, koszulki pod płaszczem. Sinibaldo przywitał mnie zdaniem, że gdybym tylko przyjechał pół godziny wcześniej, zobaczyłbym dziewczyny tańczące w deszczu. Cóż, teraz za to zobaczę dziewczyny siedzące przy stole. Wszystko zostawiłem do suszenia, a miałem krótkie spodenki na zmianę. Przyjechałem w dobrą porę: szykowała się uroczysta kolacja; nie wiem z jakiej okazji, chyba takiej że dawno już nie było uroczystej kolacji. Na abażurze zapaliliśmy świece, i razem z Angie, Marthe, Sinibaldem, Ellą i Marią zasiedliśmy do stołu. Woda do picia znajdowała się w jednym pojemniku z którego wszyscy pili, taka nasza wersja fajki pokoju. Potem wymienialiśmy się muzyką nieznaną dla tej drugiej osoby, Marcie na przykład wpadło do ucha Długość dźwięku samotności. Pochwaliłem się że znam trochę holenderskiej klasyki, i stwierdziła że mam dobry gust, gdy powiedziałem że bardzo lubię Zing Vecht Huil… Ramsesa Shaffy. Sinibaldo puszczał jakieś brazylijskie smęty, od których wszystkim odechciewało się więcej. Około drugiej Marthe zasnęła na mojej kanapie. To był znak że jest późno.

Rano obudziła mnie przejęta rozmowa Angie i Marthe. Angie przeżywała ciężkie chwile: jej chłopak, Francuz, powiedział dzień wcześniej, że spotkał dziewczynę która wydała mu się jak tęcza na niebie, on musi za nią iść. Angie analizowała każde jego zdanie, a może coś, a nuż. I uchwyciła się jego wyrażenia, że gdy widzi się tęczę, nie widać słońca. Była w rozterce, bo już mieli zarezerwowany prom do Grecji, gdzie mieli osiąść. W dodatku on zgodził się pójść na kompromis, choć kompromis to chyba był jedynie w jego oczach: będą razem, ale on będzie odchodzić załatwiać swoje potrzeby seksualne do tamtej. I Angie pytała o zdanie, co ja bym zrobił, co Marthe sądzi. Przedstawiłem trochę swoje teorie na sprawy miłosne i zapatrywania na tę konkretną sprawę. Stwierdziłem że zachował się jak dzieciak który rzucił się na słodycze, a nie wie jeszcze że od tego się wymiotuje. Angie westchnęła „a więc ja jestem nudnym, zdrowym jedzeniem…”. Nie w tą stronę miało iść pocieszanie, więc opowiedziałem jej o podziale człowieka, który jest przydatny również do rozważania miłości: na część impulsywną, uczuciową i intelektualną. I ten jej gość jest zdolny tylko do przeżywania na poziomie impulsywnym, może czasem przypadkiem wchodzi na następny. Prawdziwa miłość zaś to taka, która przechodzi w pełnię w trzech częściach ludzkiej duszy; po tym, myślę, można poznać kogoś dojrzałego do miłości – potrafi kochać intelektem, a jedynie taka miłość jest źródłem, ciągle świeżym. Angie złapała o co chodzi, i chyba w duchu skreśliła już Francuza, niezależnie od jego pięknych słówek o tęczy i słońcu. Tak sobie pomyślałem, że nie chodzi o to żeby nie wybaczać. Ale on nie pokazał wiele skruchy, a samo gadanie to za mało. Dodałem jeszcze, jakby z wahaniem, o czwartej części człowieka; nie części duszy, a ponad duszą – będącą duchem, egzystencją. I do miłości można to odnieść. Oczywiście, drugiego człowieka poznajemy tylko zmysłami, ale w tym co słyszymy da się odróżnić warstwę esencji i egzystencji. Esencja to to czym jesteśmy, egzystencja tym że jesteśmy. Egzystencja poprzedza esencję, jak mówi znane zdanie. Najpierw się jest, a później, w miarę możliwości, wybiera jakim się jest. W miłości, ale tej rzadkiej i niedlakażdego, zdarza się porozumienie na poziomie egzystencji. To znaczy, wtedy przestaje mieć znaczenie że ten człowiek stojący przede mną to kobieta wyglądająca tak a tak; mogłaby być moim przyjacielem, sąsiadem, kimkolwiek, mogłaby być łysa, a czułbym kontakt tak samo personalny i bliski jak i teraz. Taką miłość zresztą się obserwuje: choć wymaga samozaparcia, ale pewnie dlatego jest tak piękna. 

Teraz już naprawdę musiałem jechać, bo dochodziła trzynasta, a nie uśmiechało mi się zajechać do Amsterdamu po północy. Uścisnęliśmy rękę z Angie jakoś dziwnie patrząc sobie w oczy, i z Marthe. Zanim wyruszyłem w trasę powrotną nie omieszkałem odwiedzić jeszcze raz tych miejsc w Lejdzie, które tak mile działały na oko. Zaszedłem do muzeum miasta, gdzie ukazano życie w Niderlandach w średniowieczu, ale i w czasach późniejszych. Skórzane trzewiki – małe, dziecięce, ale też rozmiaru dorosłego. Pomostem między mną a człowiekiem z przeszłej epoki stały się jego buty. Więc patrzę na nie, jakby coś opowiadały. Obok wyłożone fajki: białe, długie, takie jak miał Gandalf, który prawdopodobnie miał korzenie holenderskie. Naturalną koleją rzeczy jest że teraz pali się różne rzeczy w coffeeshopach – czy u nas ktoś dziwi się że jedzony jest bigos, albo kasza? 

Ruszam dalej ku Rijnsburgowi, które jest pomiędzy Lejdą a wybrzeżem. A w Rijnsburg nie byle co, bo tam mieszkał Spinoza i do domu tego można wejść. Rzecz charakterystyczna, podobnie z amsterdamskim domem Rembrandta – są one wyróżniające się nad okolicą zdobieniami, urodą. Nie oznacza to jednak że umyślnie wybierali do zamieszkania takie domy, wszak Rembrandt w trakcie mieszkania tam klepał biedę. Bardziej wiarygodna jest hipoteza że domy okoliczne były podobne, ale przebudowy, wyburzenia i mody architektoniczne nie posłużyły im. Rzecz jasna, nikt nie będzie tykać domu który uświęcony jest pomieszkiwaniem Rembrandta.

Dom wydawał się zamknięty, ale jest kołatka, a ja już nabrałem pewnego tupetu, który pozwala wszędzie wchodzić, pytać i prosić wyganiającego mnie z zamku ochroniarza by jeszcze pstryknął mi zdjęcie (to z drogi do Utrechtu). Otwiera mi kustoszka i wpuszcza, jakby jej było trochę głupio że tu dom filozofa a zamknięte. Mówi że bilet za 5 euro, ale jeszcze się pyta czy studiuję, wtedy bilet jest za 3,5. Pada pytanie co studiuję. Gdy usłyszała, pokiwała głową ze słowami: „that must be a special discount…” Wszedłem ostatecznie za dwa euro; od początku wiedziałem że studiowanie filozofii wiążę się z wymiernymi korzyściami finansowymi. Wnętrze domu warte ujrzenia; Spinoza zresztą nie zajmował go całego sam, miał do dyspozycji gabinet, strych, ogród. 
 
Baruch Spinoza z Amsterdamu
zapragnął dosięgnąć Boga
szlifując na strychu
soczewki
przebił nagle zasłonę
i stanął twarzą w twarz

W jednym pomieszczeniu postawiona jest księga kartoteczna gminy żydowskiej do której należał Baruch Spinoza. Został z gminy wykreślony, o tym wiedzą wszyscy; lecz patrząc na kaligrafowe B… wystające spod plamy czarnego atramentu ujrzeć można dobitność tego wykreślenia. Obok stoi też księga gości domu-muzeum: Einstein naskrobał parę słów, królowa Beatrix we wpisie sprzed kilku lat chwali pracowników za dobrze utrzymany ogród. Uśmiechnąłem się pod nosem mając przed oczami widok tych zarośli pełnych paproci, spomiędzy których wyglądało popiersie Spinozy. Wychodząc i wpisując się do księgi gości, poczekałem jeszcze aż kustoszka opowie mi o książce którą właśnie tu ma na stole i czyta, a dotyczyła myśli Spinozy. Usłyszałem od niej że Spinoza daje jej taką wolność nie do opisania; i że wierzy w Boga Spinozy, nie Boga Pascala. Chciałem jej odpowiedzieć: „pani już chyba jest wykreślona z gminy żydowskiej…” Oczywiście panuję nad groteską jaką wypuszczać pozwalam z umysłu do świata, i miast tego ukłoniłem się z uśmiechem.

Zandvoort
Jechałem już do Katwijk, miasteczka z ładną latarnią morską (to mają do siebie latarnie że są ładne); podekscytowany, bo zbliżałem się do wydm, o których opowiadał profesor Schipper od epistemologii, że cudowne, że ładne. Obok dwóch pomników: ku pamięci tych których zabrało morze, i czci tych których zabrała wojna, ścieżka prowadzi między wydmy. To jest prawda że są niezwykłe, no ale w końcu jeżeli coś ogłasza profesor od epistemologii to nie może to być byle co. W dodatku wiatr wiał mi równiutko w plecy i bez wysiłku rozglądałem się i podziwiałem morsko-księżycowe otoczenie. Dość blisko, przy lesie pokicał zając wyglądający na wkurwionego, a po paru chwilach jego tropem lis. 















Minąłem Nordwijk, znaną mi nazwę, bo tam podążali na warsztaty taneczne Czeszka Katarina i Rosjanin Jaroslav, których gościłem w Amsterdamie. Dalej jeszcze parę kilometrów wydmami, i wjechałem do lasu. Przez Zandvoort, niczego sobie miasteczko całkiem wesołe, Haarlem, które chętnie raz jeszcze zobaczyłem, wjechałem do Noord, Amsterdamu Noord - domu, tyle że tymczasowego. I tu kończy się ta podróż, ta relacja.

Ja zaś podróżuję dalej, by zobaczyć, usłyszeć, i z tego wszystkiego zrozumieć.